W wielu polskich domach niedzielną tradycją, jak rosół i schabowy na obiad, jest wieczór spędzony z Ligą+ Extra. Nieodłącznym elementem ekstraklasowego podsumowania prowadzonego obecnie przez Krzysztofa Marciniaka jest „Turbokozak” – program, w którym piłkarze oraz celebryci prezentują swoje futbolowe umiejętności w konkurencjach, które bez większego przesadyzmu można nazwać okołopiłkarskimi. Uczestnikom, w pocie czoła próbującym wyśrubować rekordowy wynik, skrzętnie przeszkadza (rzadziej pomaga) Gabor (vel. pogromca Turbokozaków), w którego rolę wciela się Grzegorz Jędrzejewski.
Zastanawialiście się kiedyś, jak wyglądała droga Grzegorza do roli, którą aktualnie piastuje w popularnym paśmie telewizji Canal+? Jesteście ciekawi, jak wyglądała jego przygoda z profesjonalną piłką? Chcecie poznać historię legendarnych szarych dresów? Odpowiedzi na te i wiele innych pytań znajdziecie w naszej rozmowie z popularnym Gaborem. Zapraszamy do lektury.
Arkadiusz Jargieło: Od początku swojej przygody z piłką byłeś związany z pozycją bramkarza. Podwórkowe granie, czy takie półamatorskie charakteryzuje się tym, że z obsadą bramki jest zawsze najtrudniej. Co zatem spowodowało, że Ciebie te metalowe słupki, mówiąc kolokwialnie, nie odpychały?
Grzegorz Jędrzejewski: Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że w moim wypadku nie zadziałała legendarna maksyma „gruby na bramkę”. (śmiech) Nie ma jakiegoś specjalnego wytłumaczenia na to, dlaczego zostałem bramkarzem. Próbowałem gry na różnych pozycjach. Na podwórku jednak zawsze był kłopot z golkiperami. Ja w grupie chłopaków, z którymi kopaliśmy piłkę, bywałem najmłodszy i to często determinowało fakt, że musiałem na tej pozycji grać. Z każdym kolejnym spotkaniem ta funkcja sprawiała mi coraz większą radość i tak już zostało.
Kiedyś poszliśmy z kolegą na trening RKS Marytmont, gdzie był deficyt bramkarzy. I choć ten mój znajomy był słuszniejszego wzrostu, to ja zostałem oddelegowany do pełnienia funkcji golkipera. Wcale nie żałuję tej decyzji, bo miałem okazję kształcić swój warsztat pod czujnym okiem Tomka Papierzyńskiego. Na każdych zajęciach poświęcał mi on bardzo dużo czasu i wiele mu zawdzięczam. Moje ego zostało dodatkowo połechtane stwierdzeniem, że zawodnicy grający bliżej własnej bramki są bardziej odpowiedzialni. To chyba ostatecznie utwierdziło mnie w przekonaniu, że dokonałem słusznego wyboru.
Wychowałeś się w czasach kiedy lata swojej świetności przeżywali piłkarze typu Klinssmann, Baggio, Stoiczkow, Bergkamp i cała plejada innych gwiazd na wskroś ofensywnych. Miałeś swojego idola bramkarskiego czy stereotypowo był nim jakiś zawodnik z pola?
Oczywiście! I tutaj zaskoczenie – nie jest nim Gabor Kiraly, co wielu może się wydawać oczywiste. Węgier jest w ścisłej czołówce mojego osobistego rankingu, ale od zawsze imponował mi Peter Schmeichel. Byłem zafascynowany jego wyrzutami, pewnością siebie i ekscentrycznym, że tak to nazwę, sposobem dyrygowania blokiem obronnym. Gdy się dowiedziałem, że w żyłach Petera płynie polska krew to tym bardziej stał się bliski mojemu sercu. Niesamowicie cieszę się, że Kasper Schmeichel kontynuuje rodzinne tradycje, bo zdecydowanie ma od kogo czerpać wzorce. Wśród innych golkiperów, których gra strasznie mi się podobała, to mogę wymienić jeszcze Rustu Recbera, który zaliczył kapitalne Mistrzostwa Europy w 1996 roku w Anglii oraz Victora Baiię.
Gra w piłkę to jednak nie jest jedyna profesja, jaką się w życiu zajmowałeś…
Tak. Miałem epizod w radiu. Dostałem kiedyś zaproszenie od Andrzeja Najmana, którego poznałem w Reprezentacji Artystów Polskich do wspólnego nagrywania skeczy. Audycje były emitowane w radiowej Trójce i nosiły nazwę KOZA, czyli Komitet Organizacyjny Zwalczania Apatii. Tematyka gagów dotyczyła historii z życia codziennego. Humor à la Monty Python.
Z moją radiową przygodą wiąże się zabawna historia. Któregoś dnia bliska znajoma podesłała mi link do bardzo śmiesznego, w jej mniemaniu, skeczu zatytułowanego „Partnerstwo w rodzinie”. Oczywiście, okazało się, że to była audycja z moim udziałem, o czym wspomniana koleżanka nie miała pojęcia. Co ciekawe słuchowisko cieszyło się olbrzymią popularnością. Z tego, co się orientuje, nawet teraz można znaleźć je gdzieś w Internecie.
Nie chciałeś kontynuować tej przygody radiowej?
Ja ten epizod w radiu traktowałem od początku raczej jako nowe doświadczenie, a nie profesję, którą chciałbym się zajmować na co dzień. Po tym, jak KOZA spadła z anteny to brałem jeszcze udział w innych audycjach m.in. u nieżyjącego już redaktora Grzegorza Bendy, gdzie rozmawialiśmy o sporcie. Zawsze bliżej mi było do piłki. Po tym, jak nie udało mi się spełnić marzenia o zostaniu pierwszym polskim bramkarzem w Premier League, świetnie się realizowałem i realizuję jako zawodnik Reprezentacji Artystów Polskich.
Inna sprawa, że te przygody radiowe były doskonałym przetarciem przed zadaniami, jakie stawia przede mną występowanie w Turbokozaku.
RKS Marymont to jedyny klub w Twojej karierze?
Kariera to może za dużo powiedziane, ale owszem, Marymont to był mój jedyny klub w przygodzie z piłką. Swoją drogą bardzo zasłużony zespół. Jego historia sięga aż 1911 roku.
Moje aspiracje sięgały znacznie wyżej niż występy w lidze okręgowej. Piłkarzem spełnionym czuć się nie mogę, niemniej jednak niczego w życiu nie żałuję. Gdyby moje futbolowe losy potoczyły się inaczej, to nie wiadomo czy znalazłbym się w miejscu, w którym jestem obecnie. Widocznie tak musiało być.
Twoja przygoda z piłką nie potoczyła się tak, jak byś sobie życzył, snu o Premier League nie udało się ziścić. Niemniej jednak została Ci powierzona inna, niezwykle istotna rola – pogromcy Turbokozaków.
Tak. To w ogóle bardzo ciekawa historia. Jestem czynnym zawodnikiem Reprezentacji Artystów Polski. Równolegle do tego projektu funkcjonuje Reprezentacja Dziennikarzy, która bardzo często miała problem z obsadą pozycji golkipera. Zaproponowano mi wspólne treningi, bo nie od dziś wiadomo, że uderzanie na pustą bramkę to żadna przyjemność. Tam miałem okazję dzielić szatnię między innymi z Andrzejem Twarowskim. Pomyślałem, że warto skorzystać z takiego zrządzenia losu i skoro nie powiodło się w zawodowym futbolu, to może uda się w dziennikarstwie sportowym. W jednej z rozmów zapytałem Andrzeja, czy nie potrzebują stażysty w redakcji. Zostałem skierowany do Bartka Ingacika, któremu początkowo pomagałem przygotowywać materiały do „Ligi+ extra”. W tamtym okresie w „Turbokozaku” występował regularnie Grzegorz Szamotulski, który pewnego razu nie mógł stawić się na nagraniu. Z racji mojego doświadczenia między słupkami dostałem szansę występu. „Szamo” z czasem zrezygnował z udziału w programie i dostawałem kolejne szanse pokazywania się na antenie. Na przemian z Jankiem Szczęsnym. Z czasem Bartek Ignacik doszedł do wniosku, że ta współpraca musi zostać usystematyzowana i zaproponowano mi bycie samodzielnym pogromcą „Turbokozaków”. Na propozycję oczywiście z wielką chęcią przystałem i ta przygoda trwa po dziś dzień.
Kilku „Turbokozaków” miałeś już okazję poskromić. Który z uczestników programu sprawił Ci najwięcej kłopotów?
Jeżeli chodzi o zawodników z Ekstraklasy, to dotychczas najbardziej zaimponował mi Nemanja Nikolić. To był gość, który ewidentnie przyszedł zrobić dobry wynik. Żadnych skrupułów. Każde zadanie wykonywał z iście chirurgiczną precyzją. Typowy napastnik, z krwi i kości, nastawiony na zdobywanie goli. Niestety Węgra już w naszej lidze nie ma, ale jest za to Carlitos Lopez, który również swoimi umiejętnościami robi furorę w Ekstraklasie i udowodnił to w naszym programie. Niebywała technika użytkowa, znakomite atrybuty czysto piłkarskie, a do tego przesympatyczny człowiek. Mieliśmy mnóstwo radości przy nagrywaniu tego odcinka, gdyż znajomość języka polskiego naszego gościa sprowadzała się do używania tylko dwóch słów TAK i NIE. Swoją drogą mam nieodparte wrażenie, że piłkarsko Carlitos dopiero się rozpędza w naszej lidze i na razie nie zaprezentował jeszcze pełnego wachlarza swoich umiejętności.
Spośród wszystkich uczestników „Turbokozaka”, tych spoza Ekstraklasy również, muszę wyróżnić Piotrka Zielińskiego. Niesłychany talent. Niezwykle szybka noga. Żadne zadanie nie stanowiło dla niego większego problemu. Jestem przekonany, że w jego wypadku Neapol to jest tylko przystanek do wielkiej kariery. Młody chłopak, który ma potencjał, by za jakiś czas znaleźć się w zespole z absolutnego europejskiego topu. Wychowany we włoskiej mentalności, wie czego chce, więc o niego jestem absolutnie spokojny.
Nie mogę w tym miejscu nie wspomnieć o jeszcze jednym uczestniku naszego programu, który piłkarzem nie jest, ale ma bardzo bliskie konotacje z futbolem. Mianowicie, arbiter Szymon Marciniak. Profesjonalista w każdym calu. Przed przystąpieniem do wykonywania zadań poprosił o czas na przeprowadzenie rozgrzewki. Poza tym zaprezentował wysokie umiejętności czysto piłkarskie. Każde zadanie wykonywał z uśmiechem na twarzy, a to przecież też jest niezwykle istotne w tym programie. Bardzo pozytywna postać.
Lista ciekawych osobowości, z którymi miałeś okazję rywalizować, jest dosyć długa. Odwróćmy teraz nieco sytuację. Czy jest ktoś ze świata futbolu, z kim bardzo chciałbyś się zmierzyć?
Oczywiście. Na szczycie mojej listy jest pewien Pan Piłkarz, który gra obecnie w Monachium na pozycji napastnika. Podpowiem, że jest Polakiem. Chyba wiadomo o kogo chodzi. Drugi zawodnik, z którym chciałbym się skonfrontować jest Węgrem. Jest bramkarzem i obecnie broni barw klubu Haladas. Paradoksalnie ma bardzo zbliżony image do mnie (śmiech).
Nie będę oryginalny, jeżeli stwierdzę, że kuszą mnie największe nazwiska w Europie. Dostrzegam również napawającą optymizmem tendencję, że piłkarze coraz chętniej biorą udział w Turbokozaku pomimo tego, że jest to mimo wszystko zabawa okołopiłkarska. Mam zatem nadzieję, że kiedyś będzie mi dane skonfrontować się ze wspomnianymi dżentelmenami.
Gdybyś dostał szansę i możliwość rywalizacji z Gaborem Kiralym to który z Was byłby Turbokozakiem, a który pogromcą
Tę kwestię musielibyśmy omówić z Bartkiem Ignacikiem w trakcie lotu do Budapesztu (śmiech). Myślę, że najrozsądniej byłoby nagrać dwa odcinki, porównać nasze wyniki i raz na zawsze rozstrzygnąć kwestię, który Gabor jest prawdziwy (śmiech).
Skoro już jesteśmy przy temacie Gabora Kiraly’ego muszę zapytać o legendarne szare dresy. Przypadek czy celowy zabieg?
Przypadek. Kolejny w moim życiu. Ja grając w piłkę, zawsze stawiałem na krótkie spodenki. W długich, obcisłych spodniach bramkarskich nie czułem się komfortowo, więc najzwyczajniej w świecie nie posiadałem ich w swoim wyposażeniu. Jadąc któregoś dnia na nagranie, pogoda była na tyle fatalna, że zostałem zmuszony wziąć jakieś długie spodnie. Wybór padł na zwykłe szare dresy. Po emisji odcinka, w którym wystąpiłem w niestandardowym jak na moje upodobania ekwipunku bramkarskim, dostałem telefon od znajomego, który stwierdził, że do złudzenia przypominałem legendarnego Gabora Kiraly’ego. Nigdy bym się nie spodziewał, że mój przypadkowy ubiór może nasunąć takie skojarzenia. Założyłem te spodnie drugi raz, później trzeci, czwarty… Spotkało się to z ciepłym przyjęciem wśród odbiorców i tak już zostało. Siłą rzeczy zostałem skazany na szary dres. Nomen omen teraz występuje w nim nawet latem. Inna sprawa, że jeżeli ktoś porównuje mnie do bramkarza, który dużymi zgłoskami zapisał się na kartach europejskiego futbolu, to nie ma powodów do narzekań.
A jak wspominasz wizytę w Paryżu u Kasi Kiedrzynek? Nie masz chyba zbyt często okazji, by rywalizować na murawie z kobietami?
Fantastycznie! Kolejna futbolowa perełka, która zgodziła się wziąć udział w naszym programie. Nie mogłem wyjść z podziwu, patrząc jak Kasia swobodnie czuje się z piłką przy nodze. Wrodzony talent. Bardzo skoncentrowana na swojej pracy, twardo stąpająca po ziemi i uparcie dążąca do realizacji swoich celów. A przy okazji przesympatyczna osobowość. Wcale nie dziwi mnie fakt, że reprezentuje barwy jednego z największych klubów na świecie.
Nie mogę nie zapytać o występ, który zapewne na twarzy niejednego piłkarza ekstraklasy wywołuje czerwone rumieńce zawstydzenia. Zawodnik A-klasowej Stali Łańcut, który udział w programie wylicytował na aukcji WOŚP-u.
Oskar Lipski. Niebywała historia. Co ciekawe, pomimo bardzo młodego wieku w piłkę już nie gra ze względu na problemy kardiologiczne. Wykręcił znakomity wynik i bezwzględnie zaskoczył nas wszystkich. Pamiętajmy jednak, że jego rezultat strasznie wywindowała tarcza, która jest mało piłkarską konkurencją. Trudno trafić w punkt, który sobie obierzemy. Oskar przy dużej dozie szczęścia zdobył tam bardzo dużo punktów. W żaden sposób jednak nie umniejszam jego zasług ani umiejętności. Był bardzo długo liderem i chwała mu za to. Zdecydowanie dodał kolorytu zmaganiom. To jest specyfika Turbokozaka. Inna sprawa, że życie uwielbia takie sytuacje. Totalny outsider, który zaskakuje wszystkich dookoła. Ta historia to też znakomita lekcja. Nie ważne czy grasz w siódmej, czy ósmej lidze, zawsze można się wybić wyżej. Warto mieć marzenia i wierzyć w ich realizację. Dotyczy to każdej dziedziny życia, nie tylko futbolu.
Nie bez przyczyny wywołałem temat występu Oskara z jednej, prostej przyczyny. Nie uważasz, że niższe szczeble rozgrywkowe w Polsce są mocno zaniedbywane? Występuje tam wielu zdolnych piłkarzy, którzy marzą o tym, żeby grać gdzieś wyżej, a nasze rodzime kluby nieustannie faszerują nas, używając kolokwializmu, zawodnikami z zagranicy…
To w dużej mierze zależy od sposobu prowadzenia drużyny. Owszem, bardzo często zdarza się, że zawodnicy spoza naszego kraju wcale nie prezentują wyższych umiejętności niż niejeden polski młodzieżowiec. Tym samym blokują rodzimym zawodnikom szansę awansu sportowego i rozwoju. Nie można tego jednak uogólniać. Mimo wszystko uważam, że zawodnicy zagraniczni wzbogacają naszą ligę. Kiedyś usłyszałem bardzo mądre słowa, że „zawodnik o wysokich umiejętnościach obroni się bez względu na narodowość”. Jest w tym bardzo dużo prawdy. Miło jest widzieć polską młodzież grającą na najwyższych szczeblach rozgrywkowych. Pamiętajmy jednak, że seniorska piłka rozliczana jest z wyników. Nie ma tutaj zbyt wiele czasu na zdobywanie doświadczenia czy nagminne popełnianie błędów. Musisz wygrywać, bo to broni trenera, zarząd czy prezesa przed właścicielami. Ta presja wyniku bardzo często determinuje takie działania — transfery zawodników, dla których Polska jest tylko przystankiem i którzy nie zamierzają zbytnio identyfikować się z klubem. Przychodzą po prostu wykonać pracę. Wychowankowie czy młodzieżowcy z niższych polskich lig wykonywaliby tę robotę z większą pasją i zaangażowaniem? Być może. Niemniej jednak, z formą sportową nie należy dyskutować i kto prezentuje się lepiej w aspekcie czysto piłkarskim, ten powinien grać. Bez względu na narodowość.
A co powiesz o Górniku Zabrze? Przecież to jest sztandarowy przykład zespołu budowanego w oparciu o młodych, utalentowanych zawodników z Polski. Mało tego, w znacznej mierze tylko z jednego regionu naszego kraju.
To też jest sposób na budowanie zespołu! Jak najbardziej! I jak się okazuje, ta metoda również może być bardzo skuteczna. Zastanawiająca jest tylko ta słabsza końcówka ubiegłego roku w wykonaniu drużyny z Zabrza. O kwestie mentalne raczej byłbym spokojny, bo trener Brosz w tym aspekcie prowadzi zespół bardzo dobrze. Być może to kwestia przygotowania fizycznego zawodników.
Wiosna w polskiej lidze zapowiada się niezwykle ciekawie. Sam jestem mocno zaintrygowany czy beniaminek, na którego nikt w zasadzie nie stawiał, w dalszym ciągu będzie rozdawał karty? Czy piękny sen tych młodych chłopaków zostanie brutalnie przerwany? Czas pokaże.
Czy fakt założenia przez Ciebie akademii piłkarskiej nie był zdeterminowany chęcią pomocy młodym chłopakom w znalezieniu swojego miejsca na futbolowym rynku? Znasz to środowisko, możesz dać jakieś wskazówki, w pewnym stopniu ukierunkować drogę rozwoju…
Razem z Maćkiem Witkowskim założyliśmy Turbo Football Academy z myślą, by każdemu dziecku dać możliwość poznawania i trenowania piłki nożnej. Jak najbardziej zależy nam, by wychowywać piłkarzy, ale nie robiliśmy i nie będziemy robić naborów czy test-meczów, gdyż wychodzimy z założenia, że w pierwszej kolejności musimy dawać frajdę naszym podopiecznym. Istotniejsze jest to, by krzewić pasję do uprawiania sportu. Proszę mi wierzyć, że w naszej akademii są dzieci na różnym poziomie usportowienia. Jest to prawdopodobnie wynik plagi zwolnień z wychowania fizycznego w szkołach. Naszym zadaniem jest jednak to, by dzieci się rozwijały, robiły zauważalne postępy. Być może nie uda się wychować drugiego Lewandowskiego, ale będziemy równie dumni, jeżeli nasi podopieczni wyrosną, poniekąd dzięki nam, na fajnych ludzi. Szatnia piłkarska hartuje. Trening uczy pokory, dyscypliny, wytrwałości, punktualności i przede wszystkim przygotowuje do ciężkiej pracy. Na tym się koncentrujemy w większym stopniu.
Wspomniałeś o tej pladze zwolnień z wychowania fizycznego, a co za tym idzie unikaniu aktywności fizycznej. Ma to jakiś wpływ na frekwencję na waszych zajęciach? Jesteście zadowoleni z ilości podopiecznych uczęszczających na treningi w akademii?
Mamy obecnie dziesięć lokalizacji, więc frekwencja zależy od miejsca, w którym odbywa się trening. Niemniej jednak na zajęcia uczęszcza optymalna liczba uczestników. Tylu ilu możemy maksymalnie przyjąć. Dzieci z reguły bardzo chętnie uczestniczą w zajęciach. Aczkolwiek tak jak wspomniałem wcześniej, są zauważalne braki w przygotowaniu motorycznym, koordynacyjnym, sprawnościowym. Staramy się je minimalizować w maksymalnym stopniu.
Zauważalny jest ewidentny znak czasu. Ja po szkole zawsze chodziłem w coś grać. Czy to w piłkę nożną, czy w siatkówkę. Zdarzało się, że w rezultacie braku wolnych boisk grało się w tenisa, odbijając piłkę od ściany bloku. Dzieci w moich czasach były znacznie bardziej aktywne fizycznie. Wraz z rozwojem technologii pojawiło się mnóstwo innych sposobów spędzania wolnego czasu. Konsole, gry komputerowe, aplikacje na smartfony, social media. Nie sprzyja to rozwojowi aktywności fizycznej wśród dzieci. Naszym celem jest przywrócenie, chociaż w pewnym stopniu tych starych nawyków spędzania wolnego czasu na świeżym powietrzu.
Możesz pokrótce scharakteryzować działalność swojej akademii?
Tak jak już wspominałem, mamy obecnie dziesięć lokalizacji w Warszawie i okolicy. W naszych zajęciach uczestniczy około 200 dzieci. Nazwa projektu z pewnością nie jest zaskoczeniem. Bardzo mi zależało, by było to sformułowanie maksymalnie zbliżone do tego, czym się zajmuję i żeby stosunkowo łatwo było kojarzone z moją osobą. Oczywiście nie samym Gaborem akademia żyje. W akademii pracuje w pełni wykwalifikowany sztab szkoleniowy, do którego mamy bezgraniczne zaufanie. Treningi są zróżnicowane, a kadra ma znakomity kontakt z podopiecznymi, o czym świadczy fakt, że dzieci z naszej akademii nie odchodzą pomimo sporej konkurencji na rynku. Nasze hasło to: „Więcej niż piłka”, gdyż poprzez zajęcia bierzemy czynny udział w procesie wychowawczym dziecka. Naszym zadaniem nie jest tylko usportowienie sylwetki, ale również uszlachetnianie osobowości. Poza treningami czysto piłkarskimi, nasi podopieczni uczestniczą w wielu innych ciekawych wydarzeniach. Ostatnio grupa wychowanków TFA brała udział w otwarciu wystawy budowli z klocków lego na Stadionie Narodowym. Jeżeli ktoś chciałby bliżej poznać zasady naszego funkcjonowania i zapoznać się z inicjatywami, w których uczestniczyliśmy, to zapraszam na naszego Facebooka. Tam jest bardzo duża ilość praktycznych informacji.
Nieskromnie dodam, że otrzymuję bardzo dużo telefonów z różnych części Polski, by otworzyć filie naszej akademii w lokalizacjach poza Warszawą. Świadczy to o tym, że nasza praca przynosi wymierne rezultaty, a projekt Turbo Football Academy staje się marką ogólnokrajową.
Jak się kształtuje zainteresowanie grą na poszczególnych pozycjach wśród dzieciaków? Zauważacie potencjalnych następców Szczęsnego lub Glika czy raczej dominuje syndrom Roberta Lewandowskiego?
Z nieskrywaną przyjemnością muszę stwierdzić, że mamy na zajęciach bardzo wielu bramkarzy. Chłopcy przychodzą w rękawicach i chcą bronić. Funkcjonuje stwierdzenie, że pozycja między słupkami jest bardzo newralgiczna, bo zawsze jest deficyt golkiperów. My takiego kłopotu nie mamy. Niemniej jednak, z naszymi podopiecznymi działamy bardzo kompleksowo. Nastawieni jesteśmy na wielotorowy rozwój, więc żonglujemy tymi pozycjami. Bramkarzy wystawiamy do gry w ataku, natomiast napastników często stawiamy na bramce. Chcemy, żeby każdy z naszych wychowanków zasmakował gry w różnych sektorach boiska, co w konsekwencji ma wykształcić bardziej uniwersalne podejście do innych aspektów futbolowego rzemiosła.
Czy uważasz, że Twoja medialność ma jakiś wpływ na ten wzrost zainteresowania pozycją bramkarza?
Być może jest coś na rzeczy, gdyż jak obserwuję treningi innych grup to nie widzę, aż tylu chłopców w rękawicach. Jeżeli mogę dorzucić cegiełkę do popularyzacji tej pozycji na boisku to jest to  niewątpliwie powód do dumy. Nie zapominajmy jednak o jednej bardzo ważnej rzeczy. Mianowicie, polska szkoła bramkarska jest jedną z najlepszych na całym świecie. Mamy bardzo szerokie grono specjalistów w tej branży. Wystarczy, że przytoczę takie nazwiska Jacek Kazimierski, Krzysztof Dowhań, Paweł Primel czy Wojtek Kowalewski. To Ci ludzie przede wszystkim napędzają koniunkturę na znakomitych golkiperów. Trener Gabor, którego można zobaczyć w telewizji, jest w tym doborowym towarzystwie tylko dodatkiem.
Jak już wcześniej wspominałeś, jesteś zawodnikiem Reprezentacji Artystów Polskich. Występy w takim zespole niosą ze sobą nieco niższy ładunek emocjonalny niż w profesjonalnej piłce. Występuje jednak jakiś pierwiastek rywalizacji między Wami? Czujesz jakieś zagrożenie w walce o bluzę z numerem 1?
Zagrożenie? Raczej nie. Bardziej bym powiedział, że czuję wsparcie. Moim konkurentem w RAP-ie jest Radek Majdan, bądź co bądź niezwykle utytułowany zawodnik. W związku z tym, jeżeli ktoś mógłby się od kogoś uczyć, to z pewnością tylko ja od Radka. Mimo wszystko bardzo fajnie się uzupełniamy. Ciekawą przenośnią naszej współpracy jest fakt, że ja występuję w bluzie z numerem 1, Radek z 99 co w sumie daje 100. Każdemu piłkarzowi życzyłbym tak modelowej współpracy z bezpośrednim rywalem do miejsca w składzie.
Proszę mi wierzyć, ja Radka bardzo lubiłem jako bramkarza za jego specyficzny styl, który prezentował na boisku. Jest dla mnie dużą nobilitacją, że mogę występować z nim w jednej drużynie. Pomimo jego nieprzeciętnych umiejętności, bardzo często mu przypominam, że ma tylko jeden występ na Mistrzostwach Świata więcej ode mnie (śmiech). W związku z tym można śmiało stwierdzić, że obsada bramki w Reprezentacji Artystów jest bardzo mocna.
A jak wygląda sytuacja z pozostałymi pozycjami na boisku? Tylko kłopoty bogactwa?
Poziom sportowy tej drużyny stale rośnie. Ma to związek z tym, że niemal od początku istnienia RAP-u sprawami szkoleniowymi zajmują się tuzy środowiska futbolowego. Pierwszym trenerem był Andrzej Strejlau – wybitny fachowiec. Mieliśmy okazję współpracować z Tomkiem Iwanem, obecnym dyrektorem kadry narodowej ds. organizacyjnych. Aktualnie pieczę nad reprezentacją sprawuje Piotrek Świerczewski, którego nikomu nie trzeba przestawiać. Popularny „Świr” prowadzi zespół, mówiąc kolokwialnie, twardą ręką i nie uznaje taryfy ulgowej. Do każdego spotkania podchodzimy z pełnym zaangażowaniem i gramy tylko o pełną pulę, mimo że nasze mecze z reguły mają charakter pokazowy i towarzyski.
Jakieś spotkanie w barwach RAP-u utkwiło Ci szczególnie w pamięci?
Bezapelacyjnie będzie to mecz z Reprezentacją Artystów Angielskich. Pomijam tutaj fakt, że spotkanie zakończyło się iście hokejowym wynikiem, ale spełniło się wtedy jedno z moich marzeń. Jako zagorzały fan Premier League miałem przyjemność zagrać na brytyjskim zielonym „dywaniku” i poczuć legendarny wyspiarski klimat trybun. Ubolewałem odrobinę, że mecz nie odbył się na stadionie mojego ukochanego Southampton, tylko na Selhurst Park (obiekt Crystal Palace przyp. red.) niemniej jednak było to świetne uczucie i wspaniałe doświadczenie.
Można się spodziewać, że będziesz regularniej widywany na brytyjskich boiskach w charakterze zawodnika? Jakiś spektakularny transfer z Reprezentacji Artystów Polskich? Jakie są Twoje plany na przyszłość?
Bardzo bym sobie tego życzył, niemniej jednak moje plany są nieco bardziej przyziemne. Większość z nich jest związana z typowymi codziennymi obowiązkami. Mam zamiar nadal ciężko pracować nad rozwojem projektu pod nazwą Turbo Football Academy. Poskramianie Turbokozaków jest również na mojej liście zadań na najbliższy czas. Tutaj nic się nie zmienia. Poza tym chciałbym poszerzać swoje kwalifikacje z zakresu trenerskiego i szkoleniowego. Nie będę jednak ukrywał, że niekiedy brakuje na to czasu. Proszę mi wierzyć, że ja nie pamiętam, kiedy byłem ostatnio na wakacjach. Z wielką przyjemnością pojechałbym w jakieś fajne miejsce, poleżeć na plaży, z książką w ręku i choć na chwilę zapomnieć o otaczającej rzeczywistości i problemach dnia codziennego.
Ogólnie rzecz biorąc, jestem zadowolony ze swojego życia. Nie mam na co narzekać. Nie marzę też o niczym specjalnym, poza tym, żebyśmy mieli jak najmniej powodów do zmartwień i zawsze z optymizmem patrzyli w przyszłość.

Dodaj komentarz