Wyobraźmy sobie obóz, który skupia najbardziej perspektywicznych koszykarzy, a organizatorem jest NBA. Uczestniczy w nim także dwójka Polaków. Teoretycznie, trudne zadanie dla wyobraźni, ale w życiu jak najbardziej realne. Z trwającego tydzień NBA Global Camp powrócił Michał Kolenda — zawodnik Trefla Sopot, który mógł zaprezentować swoje umiejętności skautom z Europy, a także sprawdzić się na tle koszykarzy z innych lig. O tym, co sądzi o organizacji takich zawodów, z jakim bagażem powrócił, a także o bracie i lidze Michał opowiedział w poniższym wywiadzie.

Kinga Sylwestrzak: Zacznijmy od tego, czym żyła koszykarska Polska, czyli Twojego udziału w Global Camp, który organizowała liga NBA. Jakie były Twoje pierwsze odczucia?

Michał Kolenda: NBA jest marzeniem każdego chłopaka grającego w koszykówkę. Miałem świadomość, w czym będę uczestniczył, ale przyznaję także, że początkowo byłem strasznie podekscytowany. Każdy chłopak grający w koszykówkę marzy o NBA, a przez udział w Campie mogłem dotknąć tego marzenia.

Dużą szkołę koszykówki stamtąd wywiozłeś?

Szczerze, to nie zdobyłem za dużo typowo koszykarskiej szkoły. Nie było tam czasu na ćwiczenie warsztatu. Dni obozu wykorzystywano na sprawdzenie zawodnika pod względem fizycznym, wykonanie pomiarów i badań. Wszystko wychodziło w grze, którą mieliśmy codziennie na zakończenie każdego dnia. Pomiędzy nimi mieliśmy gierki, ale odbywały się bardziej w celu pokazania, co mamy grać. Były jeszcze konkursy rzutowe, których rezultaty były skrupulatnie zapisywane. Można powiedzieć, że zbyt wielu rzeczy się tam nie nauczyłem, ale sporo sobie uświadomiłem.

Co takiego sobie uświadomiłeś?

Przede wszystkim fakt, że w zasięgu wzroku mam możliwość zrobienia czegoś niezwykłego w swoim życiu, ale musi iść za tym cięższa praca i poświęcenie.

Global Camp skupia młodych i perspektywicznych koszykarzy. Udział w takim wydarzeniu pozwolił na wzrost samooceny?

Tak zwana sodówka mi nie uderzyła. Odebrałem to jako nagrodę za ciężką pracę, ale również motywację, by zajść jeszcze dalej. Dzięki temu miałem również możliwość pokazania się przed wieloma wpływowymi osobami ze świata koszykarskiego, jak i nawiązania nowych znajomości.

W aspektach fizycznych dostaliście porządny wycisk?

Wszystko odbywało się na zasadzie testów, czyli prezentowaliśmy taki poziom, na jaki byliśmy przygotowani. Nie było takich aspektów, w których dostaliśmy mocno w kość. Trzeba było przebiec sprint, oczywiście jak najszybciej się dało. Sprawdzano szybkość reakcji, zmiany kierunków, czyli nic takiego co mogłoby męczyć.

Czyli nie miałeś możliwości porównania intensywności treningów w ligach zagranicznych z tymi obowiązującymi w Polsce?

Porównać nie mogłem, choć patrząc na to, jak prezentowali się zawodnicy z innych lig, można było wywnioskować, że szkolenie odgrywało ważną rolę, ale najważniejsze były te warunki, które zawodnicy posiadają od urodzenia i z biegiem lat uczą się ich wykorzystywania. Mam tutaj na myśli, chociażby rozpiętość ramion, której nie da się wyćwiczyć, z tym trzeba się urodzić.

Wśród uczestników byli tacy, których widziałeś i mogłeś w ciemno założyć, że za parę lat będą brylować na najważniejszych parkietach?

Kiedy siedzisz w jednej szatni i widzisz zawodników spośród których jeden gra w Eurolidze, drugi w lidze hiszpańskiej, inny w greckiej, to mimowolnie jesteś pod wrażeniem. Taka anegdotka, gdy siedzieliśmy z Marcelem (red. Marcel Ponitka — zawodnik Asseco Gdynia) na kolacji i obserwowaliśmy: jeden, czy drugi są zdobywcami mistrzostw swoich państw, z czołowych lig europejskich i wśród nich jesteśmy my — dwójka chłopaków z Polski.

Czyżby pojawiły się kompleksy?

Bardziej szok na widok niektórych “mutantów koszykówki”, którzy byli wielcy, mieli ogromne “łapska” wysoko skakali i do tego byli jeszcze niezwykle szybcy. Gra natomiast wszystko weryfikowała. Warunki trzeba umieć wykorzystywać, więc nie czułem się gorszy. Początkowo, gdy zobaczyłem, jak prezentują się na wszystkich testach, pomyślałem “co ja tutaj robię”, zaś w gierce mi przechodziło. Bywały momenty, że czułem się nawet lepszy od nich.

W czym mogłeś przewyższyć wspomnianych wcześniej “mutantów”?

Zaangażowaniem w obronie, umiejętnością czytania gry.

Udział w tego typu zawodach jest najlepszym sposobem na to, by znaleźć się w notesie skautów?

Jeśli mam być szczery, to skauci, którzy tam byli, wielu zawodników mają w swoich notesach od lat. Taki Camp, gdzie zjeżdżają najlepsi z najlepszych, jest dopełnieniem formalności. Daje możliwość poznania zawodnika, rozmowy z nim. Skauci na co dzień funkcjonują w ukryciu, a Camp jest okazją, by zapoznać się z osobą, którą się obserwuje.

Z międzynarodowych wojaży wróćmy na polskie podwórko. W jednym z wywiadów nagranych na potrzeby klubowej telewizji wspomniałeś, że z dwójki Kolendów to właśnie Twój młodszy brat — Łukasz zrobi większą karierę. Czym Ci imponuje, że wróżysz mu większe sukcesy?

To jest mój brat i zawsze będę mówić, że jest ode mnie lepszy, a on będzie mówił, że ja. (śmiech) Tak poważnie, to Łukasz jak na swój wiek jest bardzo zdeterminowany i wie, czego chce. Nie boi się żadnych wyzwań, wręcz bardzo je lubi i jest przebojowy. W normalnym życiu może to kogoś irytować, ale w sporcie taka przebojowość jest ważną cechą. Jeżeli dalej będzie pracował, tak jak to robi obecnie, to może zajść bardzo wysoko. Sodówka raczej w jego głowę nie wpadnie, bo nasi rodzice bardzo o to dbają i chwała im za to.

Dzielą Was 2 lata różnicy. Ty jako ten starszy musiałeś czasem powiedzieć do brata “ogarnij się”?

Oczywiście. Po każdym jego dobrym występie musi być kubeł zimnej wody wylany przez starszego brata, żeby mi zaraz nie kazał robić czegoś, dlatego że lepiej zagrał. Różnica wiekowa musi być podkreślana. Nie chcę go tym demotywować, to jest nasza braterska formalność. Łukasz po moich lepszych występach robi to samo, więc żyjemy w takiej symbiozie.

Jesteście mocno krytyczni w stosunku do siebie?

Jeśli źle idzie, to tłumaczymy sobie, że tak musi być i niedługo będzie szansa na to, by się poprawić. Zdarzają się gorsze momenty, ale nie jesteśmy z bratem typem osób, które zbyt długo tkwią w przeszłości. Wolimy patrzeć w przyszłość. Wiemy, w jakim miejscu jesteśmy, co możemy osiągnąć, bo i tak wszystko zależy od nas.

Wyobrażacie sobie, że kiedyś Wasze ścieżki się rozejdą?

Póki co, nie zanosi się na to, bo brat ma długi kontrakt. Ja mam jeszcze rok, ale za to z opcją przedłużenia, a dodam, że bardzo lubię grać w Sopocie. Jesteśmy szczęśliwi, że trafiliśmy tutaj razem i udało się zrobić sporo w młodym wieku. Rozwijamy się, chcemy iść do przodu, ale ta rozłąka z pewnością kiedyś nadejdzie. Obecnie jesteśmy w pakiecie, ale kto wie jak długo?

Wasz stopniowy rozwój w Treflu, sposób, w jaki wprowadzano Was do seniorskiej drużyny, pokazuje, że klub miał w stosunku do Was plan długoterminowy.

Jesteśmy w stałym kontakcie z prezesami, sztabem. Informuje się nas o wszystkim z dużym wyprzedzeniem. Z bratem mamy zaufanie do klubu, a klub ma do nas. Wiemy, czego możemy po sobie się spodziewać. Rozmawiamy ze sobą otwarcie. Mamy dialog, współpracę, która pozwala nam na spokojny rozwój.

Wspomniany spokój i szczerość, o którą zadbał klub, pozwoliły Wam znaleźć się w miejscu, w którym jesteście obecnie?

To są te główne czynniki, które zadecydowały o dobrym funkcjonowaniu tego projektu, który klub z nami stworzył.

Stworzyliście w Sopocie “Kolenda Projekt”?

Powiedzmy, powiedzmy. Mamy tutaj także stabilizację, która pozwala nam nie myśleć o rzeczach zbędnych, na przykład: “co będę robił za rok?”, “gdzie będę grał?” Takie myśli często przeszkadzają sportowcom. My możemy myśleć tylko o pracy, o wykorzystywaniu szans. Pewność, że nic niespodziewanego się tutaj nie wydarzy, sprawia, że możemy się spokojnie rozwijać i czuć tutaj dobrze.

Co Twoim zdaniem charakteryzuje naszą ligę?

Jest bardzo fizyczna. Podkreślają to wszyscy zagraniczni zawodnicy i trenerzy. Liga hiszpańska z kolei opiera się na technice, cwaniactwie. U nas trzeba się trochę “naparzać”. Czasami dobrzy koszykarze, którzy do Polski trafiają z lig zagranicznych, mają problem, by odnaleźć się w PLK. Intensywność i ilość walki na parkiecie sprawiały, że niektórzy potrzebowali czasu, by przywyknąć. Jest dobrym sprawdzianem dla młodych zawodników, bo przychodząc z niższych lig, zderzają się ze ścianą. Szybko zobaczą, ile pracy należy włożyć, żeby się utrzymać i z czasem pomyśleć o rozwoju w innej lidze.

Przed Treflem nowy sezon. Z mocno przebudowaną drużyną myślicie o czymś więcej niż jedynie utrzymanie, które, patrząc na skład, powinno być obowiązkiem?

Nie jest tajemnicą fakt, że w tym roku mamy mniejszy budżet. W poprzednim sezonie mogliśmy głośno powiedzieć, że chcemy grać w play – offach. Przegraliśmy je minimalnie. Utrzymanie nie jest celem, a musem. Celem z pewnością będzie walka w każdym meczu, brak kalkulacji. Chcemy wychodzić i bić się o każdy punkt, o każdą wygraną. Faza play-off byłaby nagrodą za to, o czym wspomniałem, ale nie wychylałbym się tak mocno.

Na zakończenie powiedz, proszę, czego Ci życzyć na nadchodzący czas?

Zdrowia, zawsze zdrowia.

Tego Ci oczywiście życzę. Dziękuję za rozmowę!

Dziękuję!

 

Rozmawiała: Kinga Sylwestrzak/ Blondynka o sporcie

 

ZAPRASZAMY DO POLUBIENIA NASZEGO PROFILU NA FACEBOOKU.

 

OBSERWUJ RÓWNIEŻ NASZE KONTO NA TWITTERZE

 

 

Dodaj komentarz