Gibraltar kojarzy się przede wszystkim z kierunkiem wakacyjnych wojaży, skałą i rajem podatkowym. Futbol? Ta asocjacja przywołuje w głównej mierze uśmiech politowania. Kibice doskonale pamiętają, jak Polacy w dwumeczu eliminacyjnym do Euro 2016 odprawili z bagażem piętnastu bramek reprezentację “bankierów, listonoszy i budowlańców”. Określenie pogardliwe, ale oddające stan faktyczny. Piłka nożna traktowana jest tam jako odskocznia od zawodowych obowiązków. Co zatem spowodowało, że utalentowany piłkarz z przeszłością w GKS-ie Katowice i młodzieżowych reprezentacjach Polski postanowił kontynuować swoją karierę właśnie w lidze gibraltarskiej?
Zapraszamy na rozmowę z Aleksandrem Januszkiewiczem, który w lipcu bieżącego roku podpisał kontrakt z Lynx FC. Wychowanek Gwarka Zabrze z niezwykłą szczerością opowiada o błędach swojej młodości, charakteryzuje futbol na Gibraltarze i opisuje rozgrywki, gdzie mecze z wysokości trybun ogląda mniejsza liczba widzów, niż starty i lądowania samolotów na pobliskim lotnisku.

 

Arkadiusz Jargieło: Zacznę dosyć niekonwencjonalnie i zapytam: co ciekawego na Gibraltarze, Alex?

Alex Januszkiewicz: Na Gibraltarze wszystko w porządku. Ładna pogoda, ulice pełne turystów i skuterów. W ostatnim czasie było spore wydarzenie, ponieważ odbywał się Narodowy Dzień Gibraltaru. Imprezy okolicznościowe, koncerty. Na nudę narzekać nie można.

W piłkę też się zdarzy zagrać. Skąd pomysł na transfer do tej ligi? Umówmy się, kierunek bardzo egzotyczny w europejskich realiach.

Rzeczywiście, nie jest to zbyt popularny kierunek. Transfer to w głównej mierze zasługa mojego przedstawiciela, Łukasza Krupy, z agencji KFM, należącej do Jarosława Kołakowskiego. Ja koniecznie chciałem wyjechać za granicę. Myślałem, żeby połączyć granie z pracą. Chodziła mi po głowie Skandynawia. Była propozycja z trzeciej ligi norweskiej. Łukasz jednak od początku odradzał mi ten pomysł. Przekonywał, że jestem jeszcze w stanie wiele zdziałać w piłce. Padła propozycja Gibraltaru. Bardzo mnie to zaskoczyło, ale zarazem niezwykle zainteresowało. Ten kraj kojarzyłem głównie z lekcji futbolu, jakie fundowała im reprezentacja Polski w eliminacjach do Mistrzostw Europy we Francji. Postanowiłem spróbować. Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Spakowałem się i jestem. Oczywiście są plusy i minusy takiej decyzji. Najbardziej brakuje mi mojej rodziny i dziewczyny, którą zostawiłem w Polsce. Mam nadzieję, że jak wszystko się dobrze ułoży, to wkrótce do mnie dołączy.

Mam rozumieć, że granie w piłkę łączysz z normalną, codzienną pracą?

To może być zaskakujące, ale nie. Chciałem podjąć jakąś pracę, ale trener stanowczo się sprzeciwił. Stwierdził, że przyjechałem tutaj grać w piłkę i tylko na tym mam się skupić.

Wielu kibiców uważa, że przyjechałeś tutaj na wakacje…

Zatem jestem pierwszy raz na wakacjach, za które nie muszę płacić! Wręcz przeciwnie, dostaje za to skromne, bo skromne, ale jednak pieniądze. Owszem, wyjeżdżając, nie myślałem tylko i wyłącznie o profitach czysto sportowych. Zyskuje również życiowo. Prosty przykład: z poziomu dramatycznego angielskiego doszedłem do momentu, kiedy rozmowa w tym języku nie sprawia mi już większych kłopotów. Zmusiła mnie do tego sytuacja. Z językiem hiszpańskim idzie mi nieco gorzej, ale też staram się go uczyć. Mieszkam z Kolumbijczykiem i Argentyńczykiem, więc jakoś musimy się porozumiewać. Bardzo dużo rozmawiamy o jedzeniu, o piłce, o sytuacjach w ich krajach. Poznaję nowe kultury, nowych ludzi, zupełnie inne podejście do życia. W Polsce nigdy bym tego nie zaznał.

Nie miałeś obaw przed podjęciem tak radykalnej decyzji? Wyjeżdżając za granicę, znajomość języka to podstawa, żeby proces aklimatyzacji przebiegł stosunkowo bezboleśnie.

Oczywiście, że były obawy! Przed wylotem bardzo często wizualizowałem sobie różne sceny. Oczami wyobraźni widziałem sytuacje, jak się kompromituję swoją bardzo podstawową znajomością języka angielskiego.
Po przylocie do Malagi okazało się, że taksówkarz, który mnie odbierał, nie rozmawia po angielsku. W mieszkaniu zastałem Francuza, który również nie władał biegle językiem angielskim. Nie było ze mną zatem tak najgorzej.
Odprawy przedmeczowe na początku też wyglądały komicznie. Trener przekazywał wytyczne do Francuza, który rozumiał hiszpański. Ten podawał informacje do kolegi, który komunikował się w języku angielskim. Dopiero wtedy wszystkie założenia szkoleniowca docierały do mnie. Byłem na końcu swoistego łańcucha komunikacyjnego. Wszystko trwało bardzo długo (śmiech).

Jesteś też przykładem, że w ligach powszechnie uznawanych za niszowe można się jednak utrzymać z grania w piłkę.

Tak jak już wspominałem, nie zarabiam tutaj przysłowiowych ‘kokosów’. Szczerze mówiąc, moja pensja w Lynx FC jest nawet mniejsza, niż za czasów gry w GKS-ie Katowice. Jest to pokłosie tego, że tutaj są zupełnie inne koszty utrzymania. Mam jednak ten komfort, że mogę się skupić tylko i wyłącznie na piłce. Na Gibraltarze to rzadkość. Większość chłopaków normalnie pracuje. Wyjątkiem są Lincoln Red Imps i Europa FC. To w pełni profesjonalne kluby, gdzie piłkarze zarabiają bardzo przyzwoite pieniądze.

Często się słyszy o drużynach “listonoszy, bankierów, budowlańców”. Nie jest to ujmujące dla takich zawodników jak ci, którzy grają na Gibraltarze?

Ciężko mi powiedzieć co oni myślą w tej kwestii. Raczej nie poruszamy takich tematów. Sądzę, że nie mają z tym większego problemu. Fakty są takie, że łączą pracę z futbolem. To nie jest żaden powód do wstydu! Poza tym, jedynym wykładnikiem umiejętności piłkarskich powinna być postawa na boisku, a nie to, czym się zawodnicy zajmują po meczach lub między treningami. Ostatnio, cała Polska miała okazję przekonać się, na co stać drużynę złożoną z listonoszy, bankierów czy budowlańców.

Sugerujesz, że w następnej edycji europejskich pucharów polskie zespoły powinny drżeć przed mistrzem Gibraltaru?

Nie, absolutnie nie. Drużynom z Gibraltaru nadal bardzo dużo brakuje do poziomu najlepszych zespołów polskiej Ekstraklasy.
Umówmy się, porażka Legii z Luksemburczykami była sumą wielu czynników. Gdyby każdy zawodnik warszawskiej drużyny zagrał na miarę swoich możliwości, to pewnie byśmy tego tematu nawet nie poruszali. Futbol jednak bywa zaskakujący. Nie można nikogo lekceważyć. Nawet drużyny z Gibraltaru. Szczególnie, że tutaj gra się na sztucznej murawie. Nie każdej drużynie taka nawierzchnia odpowiada. Poza tym od morza czasem mocno zawieje, więc warunki potrafią być mocno nieprzewidywalne.

Widzisz potencjał do rozwoju futbolu na Gibraltarze w najbliższym czasie?

Niekoniecznie. Gibraltar to zaledwie siedem kilometrów kwadratowych terytorium. Jest tylko jeden stadion, który zarezerwowany jest na spotkania ligowe i dla reprezentacji. Co ciekawe, tutejsza kadra, chyba jako jedyna drużyna narodowa w Europie trenuje regularnie! Selekcjoner Julio Ribas i jego podopieczni spotykają się raz na dwa tygodnie i odbywają normalne jednostki szkoleniowe.
Mała powierzchnia kraju sprawia, że nie ma szans na budowę baz treningowych. Zajęcia mamy w różnych lokalizacjach, ale już na terenie Hiszpanii. Szkolenie młodzieży w zasadzie nie istnieje. Zespoły juniorskie posiadają tylko dwie lub trzy drużyny w całych rozgrywkach. Dosłownie kilometr od Gibraltaru swoją siedzibę ma klub Real Balompetica Linense, występujący w Segunda Division. Rodzice wolą tam wysyłać swoje pociechy. Zdecydowanie większy prestiż.

Potencjalna infiltracja rozgrywek na Gibraltarze przez agentów hiszpańskich zespołów miała dla Ciebie znaczenie?

Nie, raczej nie. Miałem świadomość, że kluby z Hiszpanii, głównie z Segunda Division, obserwują i sięgają po zawodników z ligi gibraltarskiej. Trzeba jednak “wykręcić” naprawdę dobre statystyki w sezonie, żeby w ogóle ich zainteresować.

Poleciłbyś kogoś?

W czołowych klubach takich jak Lincoln, Europa czy Mons Calpe jest wielu ciekawych zawodników. Trzeba obserwować. Wszędzie można znaleźć piłkarza, który swoim profilem będzie pasował do zespołu i poprawi jakość gry lub wzmocni konkurencję. Dla przykładu podam, że ostatnio GKS Tychy zakontraktował Omara Monterde z Lincoln Red Imps. Dla chłopaków grających na Gibraltarze oferta z pierwszej czy nawet drugiej ligi w Polsce to olbrzymia szansa i z wielką ochotą je przyjmują.
Osobiście również liczę, że jeszcze zainteresuję swoją osobą jakiś klub w naszym kraju.

Przed transferem do Gibraltaru nie było zainteresowania?

Żeby było zainteresowanie to najpierw trzeba dać coś od siebie. Ja jestem typem zawodnika, za którym nigdy nie przemawiały liczby. Jestem znany ze swojego gazu i “robienia wiatru” na skrzydle. Problem polega na tym, że nie zawsze potrafię swoją dynamikę odpowiednio spożytkować. Z tego też powodu, na pewnym etapie mojej kariery przypięto mi łatkę “jeźdźca bez głowy”, którego nie da się zresocjalizować. Nawet jak starałem się grać inaczej, prędzej czy później wracały stare demony.
Swego czasu, jedna z moich nauczycielek powiedziała takie zdanie: “Przypiętą łatkę z czasem można oderwać, ale ślad po niej pozostanie na zawsze”. Tak jest w moim przypadku. Tutaj, na Gibraltarze mam czystą kartę. To w głównej mierze zdecydowało, że postanowiłem zmienić nieco otoczenie i dać sobie szansę.

Wierzysz, że dobre występy na Gibraltarze pozwolą Ci wrócić do gry na wyższym szczeblu rozgrywkowym w Polsce?

Jasne! Mam sporo do udowodnienia! Przede wszystkim chcę pokazać, że potrafię grać w nowoczesny sposób. Chcę dowieść, że nie jestem schematyczny i mogę dać drużynie znacznie więcej niż tylko “gaz” na skrzydle. Moja futbolowa przemiana przebiega chyba całkiem nieźle, bo w końcu przekłada się to na liczby. Mam już premierowe trafienie w barwach Lynx. Dochodzę do sytuacji strzeleckich. Kreuję okazje podbramkowe. Docelowo, do końca rundy chciałbym regularnie poprawiać moje statystyki. Dorzucić do swojego konta kilka bramek, ewentualnie asyst.
Koncentruję się maksymalnie na rozwoju i dawaniu wszystkiego, co najlepsze drużynie. Bliżej nowego roku porozmawiam z agentem, z dziewczyną i pomyślimy co dalej.

Żałujesz czegoś w swojej dotychczasowej przygodzie z piłką?

Jestem stosunkowo młodym zawodnikiem. Mam dopiero 24 lata, a popełniłem już bardzo dużo błędów. Zdecydowanie za dużo. Miałem przyjemność grać w klubach z bardzo bogatymi tradycjami w Polsce – GKS-ie Katowice czy Polonii Bytom. W Katowicach poczułem klimat poważnej piłki i meczów o stawkę. Aspiracje tam były zawsze bardzo wysokie. Dochodziła presja trybun. Wymarzone warunki do rozwoju. Dzieliłem szatnię z wieloma świetnymi zawodnikami i znakomitymi szkoleniowcami. Trenerzy, Moskal, Brzęczek czy Skowronek to tylko kilku z nich. Tego czasu żałuję najbardziej. Wypuściłem z rąk swoją życiową szansę. Wielu kwestii wtedy nie rozumiałem. Zachwycały mnie błahostki. Byłem naiwny. W moim wypadku bez ogródek można mówić o “sodówce”. Jakieś bezsensowne przesiadywanie w galeriach i inne tego typu zachowania. Kompletny nonsens. Miałem wielu znajomych, z którymi spędzałem czas w mało efektywny sposób. Wraz z upływem lat uświadomiłem sobie, że mogłem go wykorzystać zupełnie inaczej, ze znacznie większym pożytkiem. Człowiek uczy się na błędach. Czasu niestety nie da się cofnąć. Pozostaje tylko wyciągać odpowiednie wnioski z życiowych doświadczeń

Jest sporo goryczy w tym, co mówisz.

Dostałem szansę od losu i ją zaprzepaściłem. Druga może się już nie pojawić, mimo że bardzo się będę starał. Ocierałem się o młodzieżowe reprezentacje Polski. Do tej pory mam zdjęcie boiskowej rywalizacji z Emre Canem, w trakcie meczu z reprezentacją Niemiec do lat 15. Z ławki wchodziłem razem z Piotrkiem Zielińskim. Przyznasz, że całkiem zacne towarzystwo? Tylko gdzie jest teraz Emre czy Piotrek, a gdzie jestem ja?

Co w twojej opinii poszło nie tak?

Uważam, że byłem za bardzo “pompowany” motorycznie. Niestety piłka nożna to nie jest bieg na 100 metrów. Sama dynamika to nie wszystko. Boczni pomocnicy biegający przy linii i wrzucający piłki w pole karne to już przeszłość. Teraz na skrzydle trzeba być bardziej kreatywnym. Zadnia dośrodkowywania piłek przejmują teraz obrońcy. Ja w zadaniach defensywnych zawsze czułem się mniej komfortowo, więc nie było mowy, żeby ustawiać mnie na “dwójce” lub “trójce”. Błędne koło się zamyka. Krótko mówiąc, byłem zbyt słabo wyszkolony pod kątem techniczno-taktycznym.

Brzmi to trochę jak potwierdzenie tezy, o której wszyscy dyskutują od dawna. Szkolenie w Polsce kuleje.

Niestety. Spójrzmy tylko ilu mamy obecnie skrzydłowych na dobrym poziomie? Niech odpowiedzią będzie fakt, że w reprezentacji nadal gra Jakub Błaszczykowski. Paradoksalnie, lepszych od niego nie ma! Ilu jest bocznych pomocników, którzy oprócz dynamiki dobrze czują się w dryblingu, mają zmysł do gry kombinacyjnej? Ja nie znam żadnego. W Polsce te cechy nie idą ze sobą w parze. Są zawodnicy albo szybcy, albo kreatywni. Spójrzmy na Kamila Grosickiego. Ma “gaz” i szarpie na skrzydle, ale takich zawodników w Europie jest mnóstwo. W Polsce gra się starymi schematami: kontra na szybkie skrzydła. Brakuje nieszablonowych rozwiązań. Można mówić, że coś się zmienia. Ja niestety tego nie dostrzegam.

A jaką role w procesie szkolenia odgrywają sami zawodnicy? Nie uważasz, że smartfony, smartwatche czy media społecznościowe to zmora obecnej generacji piłkarzy? Krótko mówiąc, więcej czasu spędzają oni na szeroko rozumianym lansie zamiast na treningu i podnoszeniu swoich umiejętności?

Z przykrością muszę przyznać, że tak jest. Wiem to na swoim przykładzie. Zdaję sobie sprawę, że pretensję o to, jak potoczyła się moja kariera, mogę mieć tylko do siebie. Wiem również, że młodzi zawodnicy zarabiają nieproporcjonalne duże pieniądze do tego, co są w stanie zagwarantować na boisku. Mówię to z pełną świadomością, choć w szczegóły nie chce wchodzić. Odczułem tę różnicę najbardziej tutaj, na Gibraltarze, gdzie zawodnik przylatuje z innego kontynentu gra za grosze, ale też ma świadomość, jak dużą szansą jest gra w Europie, nawet w znacznie słabszym zespole. Każde spotkanie to okno wystawowe dla wszystkich piłkarzy! Wszyscy chcą ciężko pracować i się rozwijać, żeby w przyszłości dołączyć do lepszych klubów i zarabiać więcej. Jaką motywację ma zawodnik z polskiej ligi, który w wieku 17-18 lat zarabia 8-10 tysięcy złotych?
Podejście do treningów w naszym kraju znakomicie podsumował Mariusz Stępiński w jednym z wywiadów. Powiedział wówczas, że u nas wszyscy chcą mieć dietetyka, trenera od przygotowania motorycznego, psychologa i całą rzeszę innych specjalistów. Prawda jest taka, że większość z tych rzeczy jesteś w stanie zrobić sam. Nie musisz płacić ogromnych sum, żeby ktoś rzucił w twoją stronę: “jesteś coraz lepszy”, “musisz wyjść ze strefy komfortu” albo „nie jedz fast foodów i słodyczy”. Przecież każdy przeciętny człowiek zna podstawowe zasady zdrowego żywienia! Lepiej jednak zapłacić i pokazać z iloma ludźmi się pracuje. Typowe zagranie “pod publikę”. W taki sposób również buduje się mylne przekonanie, że wszystko wymaga niewiarygodnych wyrzeczeń i mnóstwa pieniędzy do opłacenia całej rzeszy specjalistów. Taki delikwent dostaje z tego powodu wyższy kontrakt i spirala się nakręca. Prawda jest jednak taka, że aby osiągnąć zamierzony cel, potrzebna jest przede wszystkim samodyscyplina, wiara w siebie i ciężka, sumienna praca.

Jesteś krnąbrnym zawodnikiem? Wiem, że miewałeś na pieńku z kibicami.

Pewnie mówisz o tym słynnym transparencie JUDASZkiewicz? Przedziwna historia. Po odejściu z Polonii Bytom dostałem propozycję od Gwarka Tarnowskie Góry. Byłem skłonny tam przejść. Umówiliśmy się, że wkrótce pojawię się na pierwszym treningu. W międzyczasie pojawiła się korzystniejsza oferta z Gwardii Koszalin. Ze względu na wyższe aspiracje sportowe, postanowiłem skorzystać z tej propozycji, kosztem Gwarka. Zadzwoniłem do trenera Górecko, przedstawiłem sytuację, podziękowałem za zainteresowanie, przeprosiłem za zamieszanie. Myślałem, że sprawa została załatwiona. Nic bardziej mylnego. Okazało się, że włodarze klubu z Tarnowskich Gór bez mojej zgody i bez moich podpisów na dokumentach, zgłosili mnie do gry. Wiadomo, jak to bywa w okręgowych związkach piłki nożnej. Na niektóre rzeczy przymyka się oko. Pojawił się problem. Trzeba było wszystko odkręcać, abym mógł zostać zgłoszony do gry w Koszalinie.
Jestem w stanie w pewnym stopniu zrozumieć rozgoryczenie ludzi z Gwarka, ale z drugiej strony bez finalnego porozumienia ze mną nie powinni podejmować żadnych dalszych kroków. Rozczarowani poczuli się również kibice, którzy upust swoim emocjom dali przy pierwszej możliwej okazji, gdy przyjechałem na mecz do Tarnowskich Gór. Zostałem porównany do Judasza. Powiem szczerze, że cała sytuacja bardzo mnie rozśmieszyła, ale i nieco zaskoczyła. Poczułem się jak Luis Figo, który zamienił Barcelonę na Real (śmiech).

Czy podczas spotkań na Gibraltarze możecie liczyć na jakiekolwiek wsparcie z trybun?

Na nasze mecze przychodzi prezes, dyrektor, pracownicy klubu i rodziny zawodników. Czasem też pojawiają się jacyś turyści, którzy przechodzą obok stadionu, wpadną zobaczyć co się dzieje, porobią zdjęcia i wychodzą. Nie ma z tym problemu, bo wstęp jest darmowy. Wyjątki stanowią mecze reprezentacji i spotkania w eliminacjach do europejskich pucharów. Wówczas stadion się zapełnia.

Jesteś w stanie czerpać radość z gry przy tak niewielkiej publiczności?

Czerpie radość z samego faktu, że mogę robić to, co lubię, do tego w bardzo ciekawym miejscu. Oczywiście, gra przy pełnych trybunach to kwintesencja futbolu i sens wychodzenia na murawę! Podkreślam jednak po raz kolejny — ja nadal wierzę, że wiele jestem jeszcze w stanie osiągnąć. Wszystko jest do zrobienia na boisku. Tylko ode mnie zależy czy swoją postawą zapracuję na ofertę, która poza grą w dobrym zespole będzie gwarantowała również komplet publiczności na trybunach.

Jakie są cele Lynx FC na obecny sezon?

Celem jest miejsce, które zagwarantuje start w eliminacjach do europejskich pucharów. O tytuł mistrzowski może być bardzo trudno, bo Lincoln Red Imps, które ma w swoich szeregach wielu reprezentantów kraju, wydaje się poza zasięgiem. Miejsce w pierwszej trójce jest jednak jak najbardziej realne i o to będziemy walczyć.

W momencie niezrealizowania celów posada trenera może być zagrożona?

Prezes, a zarazem właściciel klubu (Albert Parody przyp. red.) musiałby stracić zaufanie do samego siebie, bo to również nasz trener. Wielofunkcyjność najwyższego stopnia. (śmiech)
O ile mi wiadomo, to również najdłużej pracujący szkoleniowiec w całej lidze. Widocznie nie było podstaw do zwolnienia. Stabilizacja. Słowo – klucz. Swoją drogą, tego nieco brakuje w polskich rozgrywkach.

Parody to również główny inwestor?

Z tego, co się orientuję to tak. Jego firma jest głównym sponsorem, choć podobno trwają intensywne poszukiwania innych podmiotów, które wsparłyby finansowo funkcjonowanie klubu.

Na koniec pół żartem, pół serio. Po kilku miesiącach spędzonych na Gibraltarze jesteś w stanie polecić z czystym sumieniem ten kierunek na wakacje?

Mam mieszane uczucia. Myślę, że tutaj w pobliżu znacznie ciekawsza jest Marbella. Gibraltar z racji swojej niewielkiej powierzchni można zwiedzić w jeden dzień. Jest kilka fajnych miejsc. Koniecznie trzeba wejść na słynną górę i zrobić zdjęcia z popularnymi małpkami. Ostrzegam, że potrafią ugryźć, więc należy zachować ostrożność w bezpośrednim kontakcie. Wszelkie słodycze i błyskotki też lepiej trzymać z daleka.

Obowiązkowym punktem wizyty na Gibraltarze jest również mecz Lynx FC i oglądanie z wysokości trybun jedynego Polaka w Premier Division. Prawda?

Premier Division. Jak to dumnie brzmi (śmiech). Oczywiście! Wszystkich, którzy wybierają się na Gibraltar, serdecznie zapraszam na nasze mecze! Teraz co prawda mamy miesiąc przerwy, ponieważ grała reprezentacja. Oprócz tego trwają przygotowania do sporej imprezy na stadionie organizowanej przez MTV. W październiku wracamy jednak do regularnej gry. Czekają nas niezwykle prestiżowe mecze z samą elitą: Europa FC, Lincoln i Gibraltar United. Będzie się działo!

 

źródło zdjecia wyróżniającego: us.soccerway.com

 

Zainteresowała Cię historia Alexa? Zachęcamy do śledzenia jego konta na Twitterze i Instagramie.

 

ZAPRASZAMY DO POLUBIENIA NASZEGO FANPAGE’A NA FACEBOOKU I ŚLEDZENIA NASZEGO KONTA NA TWITTERZE!

 

Dodaj komentarz