Dawno nie było tyle piłkarskiej symboliki przed meczem polskiej kadry. Zapowiedzi czwartkowego starcia przeciwko Portugalii były przepełnione wspominaniem “magicznej daty 11 października”, czy zwracaniem uwagi na powrót kadrowiczów do “Kotła Czarownic”. Jakby  tego było mało, szansę na setny występ w koszulce z orłem na piersi miał kapitan – Robert Lewandowski, który swoją przygodę z reprezentacją zaczynał właśnie w Chorzowie, zaś Jakub Błaszczykowski mógł stać się rekordzistą i wyjść na boisko w biało- czerwonym trykocie po raz 103. Nie oszukujmy się – według większości sympatyków “Naszych”, tego spotkania nie można było przegrać. Jednak Portugalczycy okazali się być co najmniej o klasę lepszym zespołem, a  wszystkie mity kibiców i dziennikarzy zostały brutalnie obalone.

“Czy lecą z nami czarownice?”

Wiele do życzenia pozostawiła nie tylko postawa polskich piłkarzy. Z przykrością należy zwrócić uwagę na bardzo skromy doping ze strony kibiców, którzy choć licznie stawili się na trybuny nowego “Stadionu Śląskiego”, to nie potrafili oddać atmosfery, jaka panowała na tym obiekcie choćby jeszcze w czasach, gdy trenerem Polski był Leo Beenhakker. Zgoda, poziom gry “Biało-Czerwonych” nie zachwycał, ale momentami było przerażająco cicho. Tak cicho, jak stadionowi ochrzczonemu mianem “Kotła Czarownic” po prostu nie przystoi.

Bez polotu.

Wróćmy do wydarzeń na murawie. Mecz zaczął się dla nas bardzo dobrze, po tym jak Krzysztof Piątek pokonał w osiemnastej minucie Ruiego Patricio strzałem głową, wykorzystując dośrodkowanie z rzutu różnego Rafała Kurzawy. Później wszystko się posypało, a portugalscy gracze bezlitośnie obnażali braki w defensywie Polaków. “Lewy”, ku zmartwieniu fanów, nie okrasił bramką swojego setnego występu w kadrze.  Jedyną osobą, która potrafiła tchnąć w polski zespół ducha walki był rekordzista Kuba Błaszczykowski, który na dobrą sprawę zbierał najwięcej krytyki w ostatnich miesiącach. Co więcej, niektórzy zastanawiali się, czy popularny “Kuba” jest jeszcze potrzebny drużynie narodowej. Trafieniem z 72 minuty, 32-latek z pewnością uciszył wielu sceptyków.

Stadion to nie teatr!

Nasza reprezentacja wyraźnie potrzebowała wsparcia po straceniu trzeciej bramki. Niestety, nie mogła liczyć na nie ze strony publiczności, która sprawiała wrażenie, jakby przyszła na spektakl muszący zakończyć się happy endem. Większy zryw trybun można było zaobserwować tylko po golach Piątka i Błaszczykowskiego. Warto w tym miejscu zastanowić się, czemu podczas meczów rozgrywanych w kraju, polski kibic coraz częściej woli przemilczeć większość z 90 minut, zamiast bez żadnego skrępowania krzyczeć ile sił i wspierać polskich piłkarzy, nawet aż do zdarcia strun głosowych? Przecież dopingowanie to świetna zabawa, będąca w stanie pomóc naładować akumulatory lepiej, niż kilkudniowe wolne. To właśnie jeden z najpiękniejszych aspektów widowisk sportowych.

 

 

znajdź autora na Twitterze: @PitMakarewicz

 

 

Dodaj komentarz