Bardzo długo zastanawiałem się, czy w ogóle napisać to, co piszę teraz. Zdaję sobie sprawę z tego, że ten tekst może zostać odebrany bardzo różnie. Nazywam się Michał Cebula i jestem jednym z redaktorów strony Sport Plus (i tutaj i na facebooku).

19 października przemogłem się, by w końcu stanąć na wadze. Spodziewałem się cyfry trzycyfrowej, ponieważ ważyłem ponad 100kg już od kilku lat. Widok, jaki zastałem na wyświetlaczu wagi bardzo mnie zszokował, by nie powiedzieć: załamał. W wieku 22 lat, mierząc 186 cm ważyłem 132 kg. 132! Jeszcze parę miesięcy temu kopałem piłkę w zespole B-klasowym i byłem w stanie bez zadyszki przebiec jakiś kawałek. Bez szału, wiadomo, ale nie byłem w tak złym stanie. Bezradny udałem się do jednego z gabinetów dietetycznych, gdzie przemiła i bardzo konkretna pani zrobiła mi badania bardziej szczegółowe. Wynik? 22 kilogramy nadmiaru wody i drugie tyle nadmiaru tłuszczu. Za wykonane badanie bardzo podziękowałem, wyszedłem z gabinetu i tak zaczął się ciężki, choć całkiem dobry okres.

Jadąc na zajęcia zacząłem się w pewnym momencie zastanawiać, co ja tak naprawdę robię ze swoim życiem? Co takiego jem, co piję, ile razy w ciągu tygodnia zdarza mi się ćwiczyć? (i czy w ogóle). Ten z pozoru banalny rachunek sumienia okazał się niezwykle pomocny, gdyż tego samego dnia postanowiłem, że pora zejść z wagi i to naprawdę sporo. W gabinecie, po za podstawowymi badaniami, dowiedziałem się również, jaki jest mój obecny wskaźnik BMI (pani porównała wagę mojego ciała do wzrostu – ja Wam tego tak dokładnie nie wytłumaczę, Wikipedia zrobi to lepiej). Nie bardzo jeszcze rozumiałem co to oznacza, jednak przemiła i przesympatyczna Pani powiedziała, że poziom wskaźnika 38,15 oznacza II. poziom otyłości, a więc otyłość kliniczną. Usłyszałem również, że niewiele brakuje mi do tego ostatniego poziomu otyłości, czyli otyłości skrajnej, kiedy to ryzyko wielu chorób, zawału serca i innych złych rzeczy wzrasta o kolejnych kilka ładnych procent. Powiedziałem dosyć.

Rozpoczął się bój. Bój o lepsze jutro, bój o życie, bój z samym sobą. Postanowiłem rozpocząć od banału – przerzuciłem się z ulubionego Monsterka [*] na wodę. Proste, prawda? Ale zaczęło przynosić efekt. Zdania na temat tego, ile powinno się pić tej wody, są różne. Przyjąłem sobie, że będę pić te mityczne 2 litry tego bezsmakowego i niekalorycznego trunku. Przez okres ośmiu dni tylko raz wypiłem niecałe 2 litry, ale to przez brak własnego zorientowania (rozpoczęcie picia od połowy butelki na przykład). Kolejnym krokiem milowym było dla mnie zaprzestanie słodzenia kawy. Wiecie jakie ciężkie jest to przeżycie i jak wiele trzeba z siebie dać, by móc wypić kawę bez dodatku mleka i cukru? Kosmos. No ale próbuję, zdarzyło mi się nawet poćwiczyć raz czy dwa.

Dzisiaj mamy 27 października, a waga wskazała 129.5kg. Sukces? Dla mnie zdecydowanie. Udało mi się ruszyć i utrzymać pewne nawyki przez dłużej, niż trzy dni. Wskaźnik BMI wciąż jest wysoki, ponieważ wynosi 37.3, ale czuję, że zaczynam iść w dobrym kierunku. W podsumowaniu cojakiśczasnika będzie się zawsze znajdować kilka kryteriów, które chcę sobie sprawdzać w najbliższych miesiącach. Jako cel, chciałbym sobie ustalić zejście poniżej 35 punktów wskaźnika BMI. To oznaczałoby przejście z otyłości 2-ego stopnia (klinicznej) do 1-ego stopnia (tutaj potrzebuję fachowej nazwy, na ten moment niech będzie to otyłość normalna, jakkolwiek by to nie brzmiało).

To tyle ode mnie w tym momencie, kolejna część tego… nazwijmy to dziennika będzie, zgodnie z tytułem, za jakiś czas.

Wzrost: 186 cm
Waga: 129.5kg
BMI: 37.3

Dodaj komentarz