Trzykrotny reprezentant kraju, który w lidze gruzińskiej debiutował w wieku piętnastu lat. Były piłkarz Ruchu Chorzów, Amiki oraz Wisły Płock. Mamia Jikia w rozmowie o początkach swojej kariery, częstych zmianach pozycji i grze w polskiej lidze.

 

Łukasz Karpiak: W profesjonalnej piłce debiutował Pan w bardzo młodym wieku.

Mamia Jikia: Z tego co pamiętam pierwsze pół roku wchodziłem z ławki, ale fakt – debiutowałem w wieku piętnastu lat! Czasami zaczynałem spotkania od pierwszej minuty, jednak generalnie byłem zawodnikiem, który miał się oswajać z ligą. Piętnastolatkowi ciężko przebić się od razu do pierwszego składu, choć jak pamiętam pierwszy sezon, to miałem niezłe wejście do seniorskiej piłki.

 

Ł.K.: W Zugdidi 91 w ośmiu spotkaniach strzelił Pan trzy bramki.

M.J.: Myślę, że nieźle. Uważam, że w tamtych czasach piłkarze mieli więcej jakości w lidze gruzińskiej, zresztą tak samo jak w lidze polskiej. Pamiętam, że jak przeszedłem do Szewardeni Tbilisi, to szatnię mieliśmy naszpikowaną piłkarzami z reprezentacji Gruzji. Byli to zawodnicy, którzy wiedli prym w rozgrywkach ligowych. Zresztą sami piłkarze byli lepiej wyszkoleni. Po przeprowadzce do stolicy potrzebowałem pół roku, by się wkomponować w zespół, oswoić się z nowym otoczeniem. Udało się to zrobić na tyle dobrze, że zdobyliśmy vice mistrzostwo, a w następnym sezonie grałem już w podstawowym składzie. Strzeliłem bodajże osiem bramek, co dla młodego chłopaka było niezłym osiągnięciem. Także swoje początki wspominam bardzo dobrze.

Rozwijałem się bardzo nieźle, aż do transferu do Lask Linz, gdzie trochę pechowo potoczyły się moje losy. Miałem problemy zdrowotne, a gdy wyzdrowiałem pojawiły się inne problemy. Gdy trafiłem do Lasku, to w pierwszym okresie przygotowawczym doznałem kontuzji kolana i przez pół roku nie mogłem dojść do siebie. Brałem udział tylko w treningach, następnie klub „satelita” wypożyczył mnie, bym mógł powoli chodzić do formy. W międzyczasie zmienił się cały zarząd klubu. Dosłownie cały, nie została żadna osoba z poprzedniego zarządu. Zmienił się również sztab szkoleniowy. Gdy wróciłem z klubu satelickiego, to oczywiście dostałem szansę od nowego trenera. Miałem dobrze się pokazać w kolejnym okresie przygotowawczym i mieliśmy wrócić do rozmów o mojej przyszłości. Powiem szczerze – wydaje mi się, że całkiem nieźle zaprezentowałem się podczas sparingów. Strzelałem dużo bramek, dostawałem szansę gry w ataku.

Gdy doszło do rozmów o przedłużeniu kontraktu, dostałem propozycję podpisania umowy na takich samych warunkach, na których już grałem. Jak podpisywałem pierwszą umowę, to miałem obietnicę od ówczesnego dyrektora sportowego, że przy przedłużaniu kontraktu dostanę 100 procent podwyżki. Zaproponowałem, że skoro miałem obiecane wzrost wynagrodzenia, to zaakceptuję podwyżkę o 50 procent. Nie dogadaliśmy się niestety, więc odszedłem z klubu. Osoba prywatna, taki znajomy rodziny, który pomagał prowadzić mi rozmowy, stwierdził, że dużo klubów w Austrii będzie zainteresowana moimi usługami, więc penetrowaliśmy ten rynek. Ostatnim klubem, z którym się kontaktowałem, była Austria Lustenau, która była w drugiej lidze, ale walczyła o awans. Jak na tamte czasy, grało tam dużo młodzieży. Po dwóch dniach treningów, trener Austrii chciał podpisać ze mną umową, jednak Lask zażądał za mnie bardzo duże pieniądze, dodatkowo chcieli 50 % z następnego transferu. Bardzo się zdenerwowałem, bo skoro mnie nie chcieli, to mogli mnie puścić dalej, a nie żądać bardzo wysokich kwot. Niestety, nie było wtedy prawa Bosmana, więc nic z tym nie mogłem zrobić. Wróciłem do Gruzji, wysyłałem stamtąd pisma, że będę się sądził, że chcę swoją kartę zawodniczą. Kartę w końcu odzyskałem – 1 marca, dzień po zakończeniu zimowego okienka transferowego. Naprawdę, załamałem się. Nie spodziewałem się, że mogę tak zostać potraktowany na zachodzie. Do czerwca nie grałem w piłkę, następnie podpisałem kontrakt z Odiszi Zugididi.

Był tam trener, który trenował mnie w Tbilisi, ściągnął kilku reprezentantów, więc stwierdziłem, że warto tam dołączyć. Po pół roku dostałem propozycję przyjścia do Polski. Pomagali w tym przyjaciele rodziny, Państwo Jasińscy. Jak byłem dzieckiem, to przyjeżdżałem do Lublina z zespołami młodzieżowymi na różne turnieje i zapamiętali, że nieźle grałem w piłkę. Pamiętam, że ojciec żartował, że już po tych turniejach chcieli, bym został w Polsce, jednak rodzina stwierdziła, że jestem jeszcze na to za młody. Dostałem propozycję z Ruchu. Pamiętam, że jak przyjechałem do Lublina i dostałem informację, że chce mnie Chorzów, to włączyłem telegazetę i zobaczyłem, że są na ostatnim miejscu. Na początku od razu odmówiłem, jednak znajomi uświadomili mnie, że to klub z wielką historią, że chcą się utrzymać i warto im pomóc. Wtedy nie miałem dużego pojęcia, jak wygląda ekstraklasa, jednak powiedziałem, że spróbuje i ruszyłem do Chorzowa. Pojechałem z „Niebieskimi” na obóz, po tygodniu trener Lenczyk zaprosił mnie na rozmowę. W pokoju nie licząc szkoleniowca, był jeszcze prezes Rogala i zaczęliśmy rozmawiać. Wyrazili chęć zatrudnienia mnie, jednak prezes zaczął wypytywać, czy mam z menadżerem podpisaną umowę, czy można załatwić transfer bez menadżerów. Oczywiście nie znałem wtedy tak dobrze języka, nie chciałem też zostawić na lodzie człowieka, który pomagał mi w przeprowadzce do Polski, więc powiedziałem, że nie ma takiej opcji. Odpowiedziano mi, że w takim razie porozmawiają z nim i zobaczą, co się uda załatwić. Na drugi dzień po rozmowach zadzwonił do mnie znajomy i powiedział, że z Ruchem nie idzie się dogadać i mam się spakować, bo Lech Poznań jest mną zainteresowany. Znów włączyłem telegazetę, zobaczyłem, że Lech jest na 10 miejscu w tabeli, więc było już trochę lepiej (śmiech).

Byłem przygotowany na wyjazd do Lecha, jednak dostałem telefon, że jednak menadżer dogadał się z Ruchem i mam przyjechać do Chorzowa. Podpisałem kontrakt na pół roku z opcją przedłużenia, co się stało w czerwcu. W Ruchu koniec końców spędziłem pięć lat. Wiadomo, doświadczenia miałem różne. Te dobre to były takie, że poznałem historię i otoczkę tego wielkiego klubu. Dodatkowo piłkarze i kibice tworzyli jedną, wielką „Niebieską Rodzinę”. Słyszałem, że zawsze tam były problemy finansowe, jednak szatnia dzięki temu się cementowała. Pod tym względem, nie mogę ani jednego złego słowa powiedzieć. Nawet powiem szczerze, na zarząd też nie mogę narzekać. Oczywiście, były różne problemy, zazwyczaj związane z pieniędzmi, ale jeżeli coś potrzebowałem, to zawsze działacze stawali na wysokości zadania. Były też ciężkie chwile, gdy przez trzy, czasami cztery miesiące nie dostawaliśmy pensji.

Po pięciu latach przyszedł czas rozstania. Kończył mi się kontrakt i dostałem propozycje z kilku klubów. Zadeklarowałem zarządowi wcześniej, że w czerwcu będę odchodził z klubu. Powiedziano mi, że jak nie podpiszę kontraktu, to nie będę grał. Jednak, żeby nie było, że atakuje Ruch – generalnie w polskich klubach są takie praktyki. Myślę, że swoją grą i zaangażowaniem przekonałem do siebie szkoleniowca, i mimo że nie podpisałem kontraktu, to i tak wychodziłem w pierwszej jedenastce. W czerwcu 2002 roku odszedłem do Amiki.

 

Ł.K.: Wróćmy jednak jeszcze do początku Pana kariery. W wieku 17 lat przeszedł Pan z małej gruzińskiej miejscowości – Zugdidi to Tbilisi. To był duży szok dla tak młodego człowieka?

M.J.: Tak. Zwłaszcza że trafiłem do drużyny naszpikowanej gwiazdami, która potrafiła nawiązać walkę z Dynamem Tbilisi. W pewnym momencie punkt przewagi nad Dynamem i praktycznie bezpośredni pojedynek między nami zadecydował o mistrzostwie naszego rywala. Dodatkowo większe miasto też trochę przytłaczało, ale miałem tam przyjaciół i rodzinę, co pozwoliło mi się zaaklimatyzować. Od razu poszedłem na studia, także szybko się ustatkowałem. Pierwsze pół roku potrzebowałem na aklimatyzację, później poszło z górki. Na pewno to pomogło mi również na stałe przebić się do pierwszego składu w drugim sezonie, kiedy mając osiemnaście lat, zacząłem regularnie i strzelać bramki.

 

Ł.K.: Dwadzieścia dziewięć spotkań i osiem bramek mogło robić wrażenie.

M.J.: Zwłaszcza że miałem osiemnaście lat! Moim zdaniem, to był udany początek kariery.

 

Ł.K.: Kto Pana cofnął z ataku do obrony?

M.J.: Generalnie byłem napastnikiem w juniorach, strzelałem bardzo dużo bramek. Jednak gdy trafiłem do Szewardeni, to rywalizowałem z dwoma napastnikami, którzy byli kadrowiczami. Ówczesny trener powiedział mi, że da mi pograć za napastnikami, w środku pola. Kilka gier przyzwyczajałem się do nowej roli, a w drugim sezonie, co pokazały statystyki, dobrze się tam odnajdywałem. To było pierwsze moje cofnięcie. Drugie było w Ruchu Chorzów. Nie pamiętam czy to był trener Pietrzak, czy Lenczyk. jMieliśmy problemy kadrowe i trener wystawił mnie w roli defensywnego pomocnika. Myślałem, że to chwilowa sytuacja, jednak grałem na „6” kilka spotkań. Trzeci raz cofnął mnie trener Pietrzak, do obrony. Debiutowałem na tej pozycji w meczu z Polonią. Debiut mi nie wyszedł i dostałem w 20 minucie czerwoną kartkę. Mimo tego osłabienia zdołaliśmy wygrać. Po spotkaniu podszedł do mnie trener i powiedział, żebym się nie przejmował, bo i tak będę u niego grał na środku obrony. Powiem szczerze, że od momentu cofnięcia mnie do defensywny, rozegrałem najlepszy sezon w Polsce. Z drugiej strony trener Jabłoński, za czasów mojej gry w Amice, wystawiał mnie na pozycji defensywnego pomocnika. Często zmieniałem pozycję (śmiech).

 

Ł.K.: Miał Pan pewnego rodzaju szczęście, bo potrafił Pan trafiać do mocnych zespołów. W Szerwadeni reprezentanci Gruzji, w Amice reprezentanci Polski.

M.J.: Tak jak pan mówi. Mieliśmy nawet taki moment, za czasów trenera Majewskiego, że byliśmy blisko mistrzostwa. Różnie by się mogła skończyć liga, gdybyśmy wygrali z Wisłą w Krakowie. Do 90 minuty prowadziliśmy 1-0 i w doliczonym czasie meczu straciliśmy dwie bramki. Moim zdaniem, wtedy zaprzepaściliśmy mistrzostwo. Wisła była supermocna, choć uważam, że gdybyśmy wtedy wygrali, to do końca byśmy zdobywali komplety punktów. Niestety, nie udało się. Jeżeli chodzi o Amice, to bardzo mi się tam przyjemnie grało. Nie było tam aż tak wielkiej presji wyniku, jak w Wiśle czy Legii. Nie słyszeliśmy „Musicie zdobyć mistrza”, tylko robiliśmy swoje na boisku. Pomagały na pewno warunki stworzone przez Amice. Jak trafiłem z Ruchu do Amiki, to nie mogłem uwierzyć, że tak może być w polskim klubie. Warunki finansowe, organizacyjne i infrastrukturalne – bajka.

 

Ł.K.: Inny świat?

M.J.: Nie da się opisać. Ze skrajności w skrajność tak naprawdę. Piłkarz myślał tylko o tym, by dobrze przygotować się do treningu. Pod tym względem, Amica jest klubem, w którym można było się czuć wartościowym zawodnikiem.

 

Ł.K.: Dzięki grze Amice trafił Pan do kadry Gruzji.

M.J.: Kadra to jest oddzielny rozdział. Nie wiem, jak jest w innych państwach, u nas trzeba było mieć układy, podpisane umowy z odpowiednimi menadżerami, by trafić do kadry. Jednak jeżeli do kadry trafiał zagraniczny szkoleniowiec lub pojawiała się presja wyniku, to wtedy powoływano najlepszych piłkarzy. Jedno zgrupowanie okazało się dla mnie pechowe. Amica nie chciała mnie puścić na zgrupowanie przed meczem z Mołdawią, bo byliśmy w trakcie klubowego obozu treningowego. Uparłem się i powiedziałem, że jak teraz nie pojadę, to już mogę nie mieć szansy pokazać się selekcjonerowi. W trakcie spotkania otrzymałem uderzenie w bok kolana i naruszyłem kość piszczelową. Następnie wsadzano mi nogę w gips, żeby się zrosła, ale niestety źle zostało to wykonane, więc musiałem być operowany. Wyjazd z kadrą skończył się tak, że straciłem pół roku na rehabilitacje. Muszę zaznaczyć, że Amica wspaniale się zachowała. Klub poniósł koszt operacji, jak i rehabilitacji, otrzymywałem normalne wynagrodzenie. O Amice naprawdę mogę mówić tylko w superlatywach. Teraz tak myślę, że gdybym został na dłużej w Amice, to moja kariera by się inaczej potoczyła.

 

Ł.K.: Wydawać się mogło, że decyzja o zmianie klubu była słuszna. Trafił Pan do Wisły Płock, z którą awansował Pan do europejskich pucharów.

M.J.: Cały czas o tym wspominam, że dobrze wybierałem kluby. Czy to w Ruchu, czy w Amice, czy w Wiśle Płock miałem możliwość gry w europejskich pucharach. W Płocku też były dobre warunki pod względem finansowym, jednak nie był to zespół, który mógł walczyć o mistrzostwo. To był dobry klub, ale nie tak mocny, jak na przykład Amica. Z tego, co pamiętam, ligę skończyliśmy na czwartym miejscu i w pucharach graliśmy dzięki zwycięstwu Dyskoboli w Pucharze Polski. W następnym sezonie bardzo zmieniła się sytuacja, zaczęły się pojawiać problemy. Z Wisły odszedłem, gdyż miałem propozycję z drugiej ligi niemieckiej. Zaryzykowałem, zaufałem ludziom i się przejechałem. Zostałem oszukany, jednak nie chcę tego rozgrzebywać, bo to był najgorszy moment w mojej piłkarskiej karierze. Zrezygnowałem sam, poszedłem do prezesa, przedstawiłem swoje racje, powiedziałem, że mam propozycję z innego klubu i otrzymałem zgodę na rozwiązanie kontraktu. Trochę wymusiłem to odejście. Następnie zostałem oszukany i dzień przed zakończeniem okienka transferowego byłem bez klubu. Byłem zły, miałem tylko jedną myśl – spakować się i pojechać do domu. Byłem w takim stanie, że nie wyobrażałem sobie dalej grać w Polsce. Podczas pakowania się zadzwonił mój menadżer – Dragan Popovic, który namawiał mnie, żebym został, bo znajdzie mi na szybko klub. Rozmawialiśmy z godzinę i postanowiłem poczekać.

Koniec końców trafiłem do ŁKS-u, choć miałem propozycję z Widzewa. Od tego momentu, gdy zostałem oszukany, wewnętrznie zgasłem. Nie miałem tego zapału, cały czas miałem tę sytuację w głowie. Dodatkowo cały czas doskwierało mi kolano. W ŁKS-ie zrobiliśmy awans, jednak zarząd nie wywiązał się z umowy. Mieliśmy obiecane podwojenie kontraktów po awansie, jednak powiedziano nam, że nie ma już pieniędzy, więc nie będzie podwyżek. Nie fajnie się to potoczyło. Straciłem zapał. Na chwilę wróciłem do Ruchu, za namową Marka Wleciałowskiego. W drugim spotkaniu naderwałem „czwórkę”, więc znów wylądowałem na rehabilitacji. Ta końcówka kariery była niepotrzebna. W marcu rozwiązałem kontrakt z Ruchem na prośbę prezesa klubu, spakowałem rzeczy i pojechałem do Gruzji. Tak się zakończyła moja kariera piłkarska.

 

Ł.K.: I przez siedem lat nie było Pana w Polsce. Aż do powrotu, chyba ze względu na syna, który też chce być piłkarzem.

M.J.: Ma Pan rację, ten powrót w sumie jest najbardziej ze względu na syna. Myślałem, że lepsze warunki do rozwoju będzie miał w Polsce. W planach miałem, aby rok pobyć z synem i wrócić do Gruzji. Mam tu jednak dużo znajomych i po przyjeździe te znajomości znów odżyły. Z każdym dniem coraz lepiej się czułem, znalazłem pracę i tak pomyślałem, że nie chce syna zostawiać samego.

 

Ł.K.: Chyba Pan nie żałuje.

M.J.: Zdecydowanie nie. Gdyby coś mi nie pasowało, to szybko bym wrócił. Miałem w Gruzji dobrą pracę, żona pracowała w prywatnej przychodni, więc dobrze nam się tam wiodło. Tak się potoczyło. Chciałem, by syn tu się rozwijał, a koniec końców wiążemy najbliższą przyszłość z Polską.

Ł.K.: Tak na koniec, podsumowując Pana karierę. Zdobył Pan między inny tytuł obcokrajowca roku, jednak zabrakło Panu zdobycia Pucharu Polski czy wygrania ligi. Z perspektywy czasu, osiągnął Pan w Polsce mniej, niż mógł osiągnąć?

M.J.: Uważam, że gdybym miał dobrego menadżera, to mogło być lepiej. Wszystko, co osiągnąłem w Polsce, to była moja praca. Nie miałem podpisanej umowy z menadżerem, jeżeli miałem z kimś kontakt, to bez umowy. To przeszkodziło, żeby wypromować mnie bardziej. Podobnie było z kadrą. Przez całą karierę byłem osamotniony, sam pchałem ten wózek. Z drugiej strony grałem w pucharach, co było dużą przyjemnością. Jestem przekonany, że gdybym miał od początku menadżera, to mogło być dużo lepiej. Była zainteresowana mną Wisła Kraków, kluby zagraniczne, jednak najwidoczniej tak musiało być, że kariera tak się potoczyła, a nie inaczej.

Z drugiej strony, trzeba mieć szczęście. Znam dużo przykładów, że czasami gorsi piłkarze poszli dalej, bo uśmiechnął się do nich los. Ja tego nie miałem, ale uważam, że dużo tu osiągnąłem i kibice mnie pamiętają. Jedynie żałuję, sytuacji z transferem do Niemiec, gdy grałem w Wiśle Płock. Jednak wolę zachowywać dobre wspomnienia niż te złe.

Rozmawiał Łukasz Karpiak

 

źródło zdjęcia wyróżniającego: sportall.ge

 

ZAPRASZAMY DO POLUBIENIA NASZEGO FANPAGE’A NA FACEBOOKU I ŚLEDZENIA NASZEGO KONTA NA TWITTERZE!

 

Dodaj komentarz