Wiele w ostatnim czasie pisze się o Ekstraklasie, Reprezentacji czy ligach zagranicznych. Pora na odskocznię. Przeczytacie tutaj wiele słów chłopaka z małego miasta, który w bardzo młodym wieku opuszczał rodzinę, by posmakować wielkiego futbolu. O samej piłce i innych opowie Dariusz Zapotoczny, zawodnik trzecioligowego Ruchu Zdzieszowice. Rozmowa została przeprowadzona drugiego listopada bieżącego roku, a więc przed meczem dwóch Ruchów – Zdzieszowice i tego z Radzionkowa. Zapraszam.

Michał Cebula: W ostatnim meczu zagraliście miniderby Opolszczyzny z Agroplonem Głuszyna. Jak oceniłbyś Waszą postawę w tym spotkaniu?

Dariusz Zapotoczny: Cieszymy się ze zwycięstwa, bo zależało nam na tym, żeby być najlepszą drużyną z Opolszczyzny w tej lidze. Wcześniej pokonaliśmy Stal Brzeg i MKS Kluczbork. Byliśmy bardzo zdeterminowani, żeby pokonać Agroplon. Nie było to jednak proste zadanie, gdyż bramkę na wagę zwycięstwa zdobyliśmy dopiero w doliczonym czasie gry. Sam mecz mogliśmy rozstrzygnąć już w pierwszej połowie, kiedy kilkukrotnie wychodziliśmy pięciu na dwóch lub trzech na jednego! Sytuacje, które musimy skończyć!  Ta sztuka nam się jednak nie udała i do samego końca musieliśmy walczyć o zwycięstwo. Sami jesteśmy sobie winni tej nerwówki.

A jak oceniasz przygotowanie piłkarskie beniaminka trzeciej ligi, jakim jest Agroplon Głuszyna?

Czysto piłkarsko uważam, że jest to drużyna, która ma duże szanse na utrzymanie, jeśli weźmiemy pod uwagę tylko te zespoły, które w tym roku dołączyły do nas z czwartej ligi. Jak wiadomo, losy beniaminków z reguły wyglądają tak samo – awans i po roku spadek. Przykładów nie muszę szukać daleko. Wystarczy, że wspomnę tutaj o Polonii Głubczyce, która notabene jest teraz liderem czwartej ligi opolskiej, a nie udało się jej utrzymać. Pokazuje to też różnice pomiędzy trzecią a czwartą ligą. Głuszyna bardzo fajnie operowała piłką, mają młody skład, trener wpaja im grę po ziemi, a nie wybijanie piłki do przodu, na oślep. Mają wielu ciekawych zawodników z innych drużyn, czy to od nas ze Zdzieszowic, czy to z Głubczyc. Myślę, że są w stanie napsuć wiele krwi niejednej, teoretycznie lepszej drużynie i utrzymają się w lidze.

Minęło już kilka kolejek sezonu, jak oceniasz szanse Twojej drużyny, czyli Ruchu Zdzieszowice?

Myślę, że jeżeli do końca rundy zdobędziemy komplet punktów, to jesteśmy w stanie zawalczyć o „pudło”. Obecnie mamy bodajże siódme miejsce, ale wystarczy wygrać jeden mecz więcej niż drużyny, które są wyżej i jesteśmy w stanie wskoczyć na lokatę zaraz za podium. Po 13 kolejkach ścisk w środku tabeli naszej ligi jest dosyć spory. Mamy jeszcze mecz z liderem u siebie za tydzień, (z Polkowicami), co wydaje mi się korzystniejszą opcją, bo chyba lepiej jest zagrać najpierw mecz u siebie, a potem jechać do przeciwnika na rewanż.

Można powiedzieć, że taki terminarz sprzyja Ruchowi w drodze na podium?

Może nie do końca, bo pierwsze mecze, jakby popatrzeć na tabelę, graliśmy z drużynami, które były w niej wyżej. Przegraliśmy z rezerwami Zagłębia Lubin, ze Ślęzą Wrocław, Piastem Żmigród czy Gwarkiem Tarnowskie Góry. Została nam tylko jedna drużyna z ligowego topu. Uważam, że sama liga jest bardzo nieprzewidywalna, bo tutaj każdy może wygrać z każdym. Przykładowo Polkowice przegrały po drodze z drużyną, która wcale nie jest z góry tabeli, czyli rezerwami Miedzi Legnica. Ciężko się gra z drużynami ze środka czy z dołu tabeli, bo walczą dosłownie o każdy metr boiska.

Zostawmy na chwilę tematy związane z trzecią ligą. Jak wyglądały początki grania w piłkę nożną małego Darka?

W wieku sześciu lat poszedłem na trening Otmętu i grałem przez jakiś czas w zespole trampkarzy. Pamiętam, że zawodnikiem, na którym chciałem się wzorować, był Piotrek Sobota. Strzelał bardzo dużo bramek. Potem poszedł grać do Leśnicy, do trzeciej ligi. Po nim przejąłem też numer 11. Bardzo mnie to uskrzydliło. Ciekawostką jest, że debiutując w Otmęcie, zmieniłem właśnie Piotrka, zagrałem kilka minut, ale już w starszym roczniku, co było fajne. Nie byłem długo w tym klubie, bo bardzo szybko przeszedłem do MKS-u Gogolin za sprawą mojego brata, Mirka, który był tam trenerem. Wydaje mi się, że ten krok był tylko kwestią czasu, bo chciałem się rozwijać w jak najlepszych warunkach, a Gogolin takie zapewniał.

Jaka była główna różnica?

MKS uczestniczył w turniejach wyższej rangi, takich jak chociażby Dana Cup, podczas gdy Otmęt skupiał się głównie na turniejach lokalnych. Mieliśmy wtedy solidną grupę piłkarzy. Wspomnę między innymi Denisa Wymysłowskiego, Dominika Pogrzebę czy Grześka Wnuka, który dzisiaj jest w Chojniczance. Piłka jest dziwna moim zdaniem, bo Grzesiek na każdych zawodach szkolnych grał w polu, głównie w obronie i nigdy nikt nie pomyślałby o tym, że zostanie bramkarzem. Dopiero na jednych zawodach trener postawił go, z przysłowiowego braku laku, na bramce. Dam Ci przykład odwrotny, bo kolega Grześka, z którym razem grali w MKS-ie Kluczbork, Oskar Pogorzelec, gra dzisiaj w czwartej lidze na ataku. Grał kiedyś w reprezentacji Polski jako bramkarz. Jest mniej więcej w moim wieku. Wciąż młody zawodnik, ale wydaje mi się, że jego kariera chyli się ku końcowi

Transfer do „GieKSy”. Ktoś Cię oglądał? Jak to wyglądało?

W 2009 roku poszedłem grać do Katowic. Ogromną rolę w promocji mojej osoby miały rozgrywki Coca-Cola Cup, gdzie dwukrotnie zostałem królem strzelców. Po jednym z takich turniejów pojechaliśmy na półfinały ogólnopolskie, które de facto odbywały się u nas. Niestety nie awansowaliśmy dalej. Na jednym z nich zjawił się Dariusz Wolny, który był wówczas skautem „GieKSy”. Ciekawe jest to, że pojechaliśmy kiedyś na turniej szkolny do Bielsko-Białej, w którym wygraliśmy z tamtejszą szkółką, a za parę dni zadzwonił do mnie trener Podbeskidzia. Byłem zdecydowany na transfer właśnie tam. W międzyczasie zadzwonili również z GKS-u Bełchatów i z SMS-u Łódź. Jednakże ówczesny trener rocznika 95′ w GieKSie Maciej Kozik, który pracuje dziś w Bielsku przy AMP Futbolu, i którego z tego miejsca serdecznie pozdrawiam, był najbardziej konkretny i przekonał mnie do przejścia do „GieKSy”.

Co Cię przekonało tak definitywnie?

Była taka sytuacja, że przyjechał osobiście na turniej do Ciska, gdzie pojechaliśmy z Gogolinem. Wygraliśmy ten turniej, ja zdobyłem koronę króla strzelców, a on był już stuprocentowo przekonany, że chce mnie w swojej drużynie w Katowicach. Co ciekawe, zarejestrowano mnie do ligi w Katowicach, mimo że chodziłem do szkoły w Krapkowicach, a trenowałem w Gogolinie. Trener przyjeżdżał po mnie z Katowic, zabierał tylko na mecz i później odwoził do domu. Ciągnęło się to przez bodaj dwa miesiące. Dopiero po szkole przeprowadziłem się do Katowic. Zaimponowało mi to, bo trener i w ogóle ludzie w „GieKSie” bardzo o mnie zabiegali. Fajne uczucie.

Mirosław, Krzysztof, Piotr i Dariusz. Można powiedzieć, że jesteście piłkarską rodziną, prawda?

Na dodatek mam jeszcze siostrę, która swego czasu trenowała piłkę ręczną u nas w Otmęcie. Może nie robiła tego profesjonalnie, ale uprawiała sport. Ja sam miałem podobną przygodę do Mirka, bo on bronił w Gwarku Zabrze i można powiedzieć, że miał lepszą możliwość grania w piłkę profesjonalnie niż ja. Zdobył drugie miejsce mistrzostw Polski juniorów. Chciały go między innymi Wisła Kraków czy Górnik Zabrze, ale zależało mu na powrocie do domu. Dodam tylko, że mieszkał w pokoju z Kamilem Kosowskim, który można to tak ująć, jest dużą osobowościw w kręgach piłkarskich w Polsce. Ostatnio przeglądaliśmy wycinki z gazet i Mirek bronił przeciwko zawodnikom, którzy gdzieś tam pograli trochę w tej naszej Ekstraklasie. Pierwszy lepszy przykład – Łukasz Madej. Mirek wrócił jednak do domu i zajął się moim rozwojem. Prowadzi mnie do tej pory.

Jaki mieliście wówczas kontakt z bratem?

Zawsze mieliśmy dobry kontakt! Jak jechałem do Katowic, to ciągle z nim rozmawiałem. Wspierał mnie w wejściu w piłkarskie życie, bo wiedział, z czym to się je. Pomógł mi przy sprawach finansowych z pierwszego kontraktu, więc nie musiałem się niczym martwić. Nigdy mi na nic nie brakowało. Po prostu dawałem mu znać, że potrzebne są mi pieniądze czy to na laptopa, czy coś innego, to on mi kupował. Bardzo mi to pomogło. Brat przechodził przez to wszystko i znał to z autopsji. Większość młodszych piłkarzy jest prowadzona przez rodziców. Co ciekawe, mój tata nigdy nie interesował się piłką nożną, mama tak samo, a przecież mieli samych piłkarzy w domu. Ja trzymałem się z bratem. Nie wiem, od kogo to się w naszej rodzinie zaczęło, bo w gronie dalszych czy bliższych krewnych nie mam jakichś wybitnych sportowców, a często przecież jest tak, że kiedy ojciec jest piłkarzem, to potem jego syn podąża tą samą drogą. Przechodzi to z pokolenia na pokolenie. Jako przykład podam tutaj Przemka Wiśniewskiego z Górnika Zabrze, syna byłego piłkarza Jacka, który później próbował swoich sił w MMA.

Jaka jest Twoja ogólna refleksja na temat pobytu w Katowicach?

Mówiłem kiedyś, że zawsze będę dobrze wspominał grę w „GieKSie”. Do tej pory staram się oglądać ich mecze. Interesuję się dalej losem Katowic, mimo że niedosyt po pobycie mógł być duży. Nie dostałem nigdy prawdziwej szansy, by piłkarsko tam zaistnieć. Zagrałem zaledwie kilka razy. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że gdyby trener obdarzył mnie nieco większym zaufaniem, mógłbym się bardziej wykazać. Mając 16 lat wszedłem do pierwszej drużyny, a już po dwóch dniach zagrałem w sparingu z Rakowem Częstochowa. Zdobyłem wtedy swoją pierwszą bramkę dla zespołu z Katowic. Udało mi się strzelić również w debiucie ze Stomilem Olsztyn. Trafiłem do siatki w ostatnich minutach spotkania, co dało nam zwycięstwo.

Jak się wtedy czułeś?

Była we mnie taka radość i euforia, że udzielając wywiadu dla Orange Sport (dzisiaj już nieistniejącej stacji sportowej – red.), nie do końca wiedziałem, co mówię. Czekałem bardzo długo na taki mecz, na debiut. Później dowiedziałem się, że zapisałem się w historii klubu jako zawodnik, który potrzebował najmniej czasu po wejściu na boisko, by strzelić gola. Trwało to wszystko około dwóch minut. Jak wiadomo, życie idzie do przodu. Futbol również i już dawno zostałem wyprzedzony w tych statystykach. Są zawodnicy, którzy zdobywali bramkę nawet 30 sekund po wejściu na murawę. Wydaje mi się, że to byli Krzysztof Wołkowicz i Paweł Szołtys bodajże. Euforia była na pewno.

Pamiętają o Tobie w Katowicach?

Muszę powiedzieć, że teraz w Katowicach i w samej GieKSie jest bardzo dużo roszad, jeśli chodzi o trenerów, piłkarzy czy działaczy. Z mojej ekipy zostało może w sumie pięć osób. Zarząd… Prezesem obecnie jest Marcin Janicki, będący za moich czasów wiceprezesem. A ówczesny prezes Wojciech Cygan odszedł do dobrze rokującego Rakowa Częstochowa. Sporo się zmieniło. Oczywiście poznałem tam wielu kumpli, ale każdy jest już raczej w innym klubie. Dobry kontakt mam po dziś dzień z Mateuszem Kamińskim. Jeżeli czegoś potrzebuję, to mogę do niego śmiało zadzwonić. Nigdy nie odmówi pomocy. Ostatnio, kiedy chciałem załatwić sobie wejście, to skontaktowałem się z sekretarką GKS-u. Ta bez wachania wpisała mnie na listę m.in do wjazdu na parking, co nie zawsze się zdarza. Ja miałem to zapewnione za darmo, więc chyba jeszcze o mnie pamiętają.

Jak wygląda praca z Kazimierzem Moskalem? Kiedyś w prywatnej rozmowie wspomniałeś, że to z nim współpracowało Ci się najlepiej i jemu dużo zawdzięczasz.

Z każdym trenerem dobrze mi się pracowało. Nie u każdego grałem, co rozumiem, bo trenerzy bali się dawać szansę młodzieży, w trosce o swoją pracę. Wiadomo, że w piłce seniorskiej liczy się tylko wynik, a według nich takowy gwarantowali piłkarze bardziej doświadczeni. W ogóle trafiłem na ciężkie czasy, bo w jednym sezonie zdarzyło nam się nawet bić o utrzymanie. Od każdego trenera coś wyciągnąłem i każdy trener jest inny, czy to trener Moskal, Skowronek, Górak, Piekarczyk czy trener Brzęczek. Każdy miał inną filozofię. A sam Kazimierz Moskal to bardzo spokojny człowiek. Miał swój styl prowadzenia zespołu i wydaje mi się, że mógł dostać nieco większy kredyt zaufania. Pamiętam, że przed meczem, w którym debiutowałem, ze Stomilem Olsztyn już były “gorące stołki” i udało mi się to uratować. Trener Moskal po tej bramce odwdzięczał się za to, że pomogłem uratować jego posadę lub jak się poźniej okazało, odroczyć wyrok. W następnym meczu dostałem już 25 minut na murawie. Może zabrakło mi szczęścia? Mam wrażenie, że gdyby trener Moskal został w GieKSie, to grałbym więcej.

Jakie były kulisy odejścia z GKS-u Katowice?

Problemy finansowe były bardzo długo, jeśli o to chodzi. Przeszedłem przez to, że  „GieKSę” próbowano połączyć z Polonią Warszawa za prezesa Króla. Nie będę ukrywał, że było okres, w którym nawet do sześciu miesięcy nie dostawałem pieniędzy z kontraktu, który podpisałem w wieku szesnastu lat. Wcześniej, kiedy przechodziłem z MKS-u Gogolin do Katowic, dostawałem stypendium, które pozwalało na przeżycie i zakupienie najbardziej potrzebnych rzeczy. Cieszę się, że teraz moja była drużyna z tego wyszła. Ja też po czasie odzyskałem wszystkie pieniądze. Co do grosza.

A samo odejście?

Same kulisy odejścia były takie, że klub chciał mnie wypożyczyć i tak znalazłem się w Odrze Opole jako młodzieżowiec. Byłem tam pół roku. „GieKSa” nie była zainteresowana tym, żeby byli młodzieżowcy zostali i chcieli nas rzucać na wypożyczenia. W Opolu zagrałem jedną rundę. Niestety spadliśmy z drugiej do trzeciej ligi. Odra chciała, żebym został, ale ja chciałem dać sobie szansę w Katowicach, spróbować wywalczyć miejsce. Z perspektywy czasu muszę przyznać, że gdybym został w Opolu, to może grałbym dziś na poziomie pierwszej ligi. Kto wie? Wróciłem jednak do Katowic i od razu poszedłem na wypożyczenie do Oświęcimia. Tam zaliczyłem bardzo udany sezon, który zakończyliśmy barażem z Wisłą Sandomierz. Niestety przegranym…

Potem ponownie wróciłeś do Katowic

Tak. Trochę pograłem. Głównie w rezerwach. Jakby tak policzyć moje występy w czwartej lidze, może jakaś setka by się uzbierała (śmiech). Nie chciano dać mi szansy w pierwszej drużynie. Przypomina mi się, sytuacja gdy mieliśmy grać z Podbeskidziem w Pucharze Polski. Na treningach wyglądałem bardzo dobrze. Chłopaki w szatni byli przekonani, że muszę dostać szansę! Niestety trener miał inne zdanie.
Byłem w drużynie z Denisem Rakelssem. Później dołączyli Wojciech Łobodziński czy Maciej Iwański. Znani piłkarze i wydaje mi się, że dużo się od nich nauczyłem. Bardzo miło to wspominam.

Oświęcim, Opole, Bytom, Zdzieszowice, a w międzyczasie Katowice – to dużo miast, jak na tak młodego piłkarza, nie sądzisz?

Nie dostawałem szans w „GieKSie”, więc szukałem ich gdzie indziej. Nie chciałem cały czas siedzieć na ławce, dlatego próbowałem odejść. Pojawiały się propozycje z drugiej ligi. Z perspektywy czasu, może byłoby lepiej, gdybym odszedł szybciej? Cały czas liczyłem, że będę grał więcej w Katowicach…

Czy na dzisiaj Dariusz Zapotoczny jest liderem Ruchu Zdzieszowice?

Nie uważam się za żadnego lidera. Robię to, co lubię. Gram dla przyjemności i cieszę się, że mogę to robić w Ruchu. Wydaje mi się, że mam dobre statystyki. Fajnym uczuciem jest zdobywanie bramek. Jeszcze fajniej, gdy uda się strzelić gola, którego niektórzy wspominają do dzisiaj. Kilka razy mi się to udało. Są w Ruchu osoby, którym można przypisać rolę znacznie ważniejszych postaci ode mnie. Tak jak mówię, nie mam skłonności przywódczych. Poprawiam statystyki, a jeśli może to pomóc drużynie w realizowaniu celu, to bardzo mnie to cieszy. Najważniejsze, że w końcu gram! Wystarczająco się już w życiu nasiedziałem na ławce.

Jakie są główne, od piłkarskich po organizacyjne, różnice pomiędzy pierwszą a trzecią ligą?

Pomiędzy Katowicami a Zdzieszowicami nie ma co na siłę szukać porównań. Drużyna ze Śląska jest wspomagana z miasta. Tam teraz są na prawdę duże pieniądze. Myślę, że organizacyjnie, Katowice zasługują na Ekstraklasę. Bez dwóch zdań. Zaplecze również mają na Ekstraklasę. Będzie budowany stadion, a w przypadku awansu zapewne byłby stawiany w znacznie szybszym tempie. Masażyści z kadry Polski, sauna w szatni. Wszystko na najwyższym poziomie!
W Ruchu są też bardzo fajne warunki zarówno organizacyjne, jak i finansowe, jak na tą klasę rozgrywkową. Aczkolwiek, jeżeli muszę porównać te dwa poziomy, to przyznaję, że w ogólnym rozrachunku w pierwszej lidze jest lepiej niż w trzeciej. Jednocześnie jestem przekonany, że są w wyższych klasach kluby, które czy to finansowo, czy organizacyjnie radzą sobie dużo gorzej niż taki Ruch.

W zeszłym roku w Pucharze Polski trafiliście na Legię Warszawa. Był stres w trakcie przygotowań? W szatni? Tuż przed meczem?

Na początku spotkanie miało zostać rozegrane w Zdzieszowicach, ale decyzje różnych ludzi wpłynęły na to, że mecz przeniesiono do Opola. Szkoda. Wydaje mi się, że to mogło się udać, a same Zdzieszowice tylko by na tym zyskały.
Co do przygotowań, to wcześniej ograliśmy Górnika Łęczna z Sasinem, Kosznikiem i innymi fajnymi piłkarzami, więc wydaje mi się, że poziom napięcia był znacznie niższy. Może w ogóle go nie było? Sam już wcześniej grałem przeciwko drużynom ekstraklasowym, więc nie odczuwałem stresu. Przeważało skupienie. Myślę, że w pucharach, grając w małym klubie przeciwko większemu, nie powinieneś odczuwać zdenerwowania. Co masz do stracenia? Chcesz się pokazać. Nie ma takiej presji na drużynie, która chce sprawić niespodziankę, tak jak my. Przypomnę, że wcześniej pokonaliśmy nie tylko Górnika Łęczna, ale i dwie drużyny z drugiej ligi.

Przed samym meczem doszło u Was do zmiany trenera. Odczuliście różnice w prowadzeniu drużyny?

Trenera Kalbrona zastąpił trener Polak. Zupełnie inne dwa światy, jeśli chodzi o treningi, taktykę i prowadzenie drużyny. Trener Kalbron preferował ofensywny styl gry, szybką grę piłką, co bardzo mi odpowiadało. Natomiast u trenera Polaka liczyła się żelazna defensywa. Ja sam musiałem schodzić jako piąty obrońca. Legia na mecz z nami przyjechała półrezerwami. Grałem na Łukasza Brozia. Źle się czułem grając tym schematem. Nie miałem możliwości pokazania się. Cały czas trzeba było zasuwać w obronie. Mieliśmy grać z kontry, ale ja więcej udzielałem się w obronie niż w ataku. Nie stresowałem się jednak, wracając do pytania, bo na stronie grałem też z Szymańskim. Fajne uczucie. Przyjechała drużyna, która wcześniej grała w Lidze Mistrzów. Oglądałem ich w telewizji, a później na żywo w Ultra HD (śmiech).

Czy z pieniędzy, które zarabia się na poziomie trzeciej ligi, da się normalnie utrzymać i nie chodzić do pracy na etat?

Myślę, że to zależy od tego, czy to jest osoba, która założyła rodzinę, czy jest to młody zawodnik, który mieszka z rodzicami, albo samemu wynajmuje mieszkanie. Jeśli mieszkasz sam, to wiadomo, że nie będziesz żyć w niesamowitym dobrobycie, ale spokojnie dasz sobie radę bez chodzenia do normalnej pracy. To też kwestia tego ile się zarabia. Zawodnicy, którzy mają już jakieś doświadczenie, spokojnie się utrzymają. Młodzi gracze dopiero wchodzący do świata tej dorosłej piłki mogą mieć pewne problemy. Mówię tutaj też o umiejętności zarządzania swoim budżetem. Oczywiście, są również tacy, którzy utrzymują się i z grania i z pracy. Jeżeli mówimy o moim obecnym klubie, to większość osób nie pracuje na etat.

Mocno działasz w kwestii FutureNet, czy to zastępuje Ci w jakimś stopniu pracę na etat?

Ja cenię sobie każdy dzień, gdzie nie muszę iść do normalnej pracy. Gram w piłkę, a więc robię to, co kocham i dostaję za to pieniądze, więc jest jeszcze lepiej. Chyba tak to powinno wyglądać, bo czego chcieć więcej? Co do samego FutureNet, to oczywiście w szerszej perspektywie może to przynieść korzyści finansowe, ale bez większej napinki z mojej strony. Traktuję to jako coś dodatkowego. Jeżeli będzie się to rozwijać po mojej myśli, to uważam, że kiedyś, nie grając już w piłkę, dam radę się z tego utrzymać. Robię to, bo mam dużo czasu. Chodzę na treningi, siłownię. To wszystko. Wiadomo, że wiecznie w piłkę grać się nie da, więc trzeba szukać sobie alternatyw. Po zakończeniu kariery w piłce masz dwie opcje – albo pójdziesz do pracy na etat i będziesz to robił do końca życia, albo zostaniesz przy futbolu trenując zespoły, będąc skautem akademii czy dużych klubów. A żeby mieć fajne pieniądze z trenerki to trzeba mieć papiery, doświadczenie i pracować wyżej.

Na kanale „GieKSiarze” w serwisie YouTube można znaleźć materiał, na którym prowadzisz trening dla młodych adeptów futbolu. Sprawiło Ci to dużo frajdy?

Każdy zawodnik, który gra na wyższym poziomie w piłkę i może przekazać młodszym kolegom swoje doświadczenia, dać im jakieś wskazówki, to jest coś pięknego. Jeśli oni wyciągną chociaż 1% z tego, co im powiedziałem, to już w ogóle super. Nigdy nie miałem problemu z tym, żeby pójść gdzieś poprowadzić jakieś zajęcia czy treningi, bo bywaliśmy wyznaczani do takich zadań w klubie. Po prostu bardzo dobrze się bawiłem z tymi dzieciakami. Teraz też dostałem możliwość poprowadzenia jednego z roczników w Akademii Młodego Otmęciaka w Krapkowicach. Powiem szczerze, że będąc trenerem młodych adeptów futbolu, odpowiadasz nie tylko za ich rozwój piłkarski, ale też stajesz się w pewnym sensie jego wychowawcą. Na ten moment podziękowałem za zainteresowanie. Nie chcę na razie tego robić, bo jak już bierzesz jakiś rocznik w akademii, to odpowiadasz za niego, a ja nie ukrywam, że chciałbym jeszcze trochę w piłkę pograć na wyższym poziomie. Jeżeli przyjąłbym propozycję, to odchodząc gdzieś wyżej, musiałbym zostawić te dzieciaki i niejako rozbić drużynę. Nie zamykam się jednak na taką formę kontynuowania w przyszłości  mojej przygody z piłką. Oczywiście chciałbym zostać trenerem, ale myślę, że mam jeszcze na to czas.

Jakie są Twoje plany na najbliższą przyszłość?

Pojawił się temat odejścia do Niemiec. Byłem tam na testach, ale nie wypaliło. Mam 23 lata i myślę, że jest jeszcze czas na wybicie się wyżej. Mam też świadmość, że byli tacy, którzy będąc w nieco starszym wieku, wchodzili do Ekstraklasy. Staram się wykręcać dobre statystyki i pomóc drużynie w awansie. W takim wypadku nie musiałbym odchodzić. Co do liczb, to skauci bardzo mocno patrzą na wyniki, jakie osiągają poszczególni zawodnicy w rozgrywkach ligowych. To pomaga w selekcji i wybiciu do wyższej ligi. Nie ukrywam, że czuję się na siłach, żeby co najmniej w tej pierwszej lidze jeszcze pograć.

Hipotetycznie: początek okna transferowego, dzwoni telefon od osoby odpowiedzialnej za transfery w GKS-ie Katowice. Słyszysz: „Darek jest dla Ciebie miejsce w drużynie, przyjdź”. Zgadzasz się na kolejną przygodę z tym klubem?

Staram się nie palić za sobą mostów i pewnie, gdybym dostał telefon, to chciałbym skorzystać z tej możliwości. Moim zdaniem inaczej są postrzegani wychowankowie, a inaczej jak przychodzisz do klubu jako „obcy”. Dużo osób potwierdzi moje słowa o tym, że kluby często wolą skorzystać z osoby z zewnątrz, niż z wychowanka. W klubach bardzo rzadko korzysta się z tych „swoich”. Jaki młodzieżowiec, który jest wychowankiem GieKSy, gra w pierwszej drużynie? Nikt. Grają tam młodzieżowcy, ale sprowadzani. Przykład – Tabiś z Rozwoju Katowice czy Tymoteusz Puchacz. To nie są wychowankowie klubu, czyli łatwiej jest przyjść z zewnątrz niż awansować z drużyny juniorskiej. Gdyby pojawiła się taka możliwość, to bym z niej skorzystał.

Marzysz o grze w LaLidze, a konkretnie?

A konkretnie to nie czytałeś? (śmiech)

Chcę, żebyś Ty mi to powiedział.

A konkretnie Barcelona. To jest marzenie z dzieciństwa. Nie ma chyba zawodnika, który na kimś by się nie wzorował. Barcelonie kibicuję, bo grają stylem, jaki ja preferuję. Nie jestem typem szybkościowca. Lubię mieć futbolówkę przy nodze, grać w piłkę. Nie lubię za nią biegać. Nie jestem zawodnikiem, który dostanie piłkę za plecy obrońców i wejdzie z nimi w pojedynek biegowy. Wolę grać z klepki, wymieniać dużo podań. Fajnie byłoby zagrać w drużynie, która preferuje taki futbol. W polskiej lidze wygląda to tak, że trzecia i druga liga opierają się na fizyczności. W pierwszej lidze dołączają do tego elementy taktyki, a Ekstraklasa to już jest totalna mieszanka. Czasem oglądając mecze Ekstraklasy, zauważam, ile niektórzy zawodnicy mają miejsca. To nie do pomyślenia na poziomie rozgrywkowym, na którym gra mój obecny zespół. Tam ustawiają się bardzo dobrze taktycznie. Jak to wygląda w Barcelonie i w ogóle innych wyższych ligach? Wiadomo, że to są piłkarze o dużych umiejętnościach. Tam musisz się wykazać. Jeśli jesteś drewniany, futbolówka i tak odbije ci się od nogi. Jeśli jesteś techniczny, to tacy zawodnicy sobie poradzą, czy to w Barcelonie, czy w innych klubach z topowych lig. Tam trzeba myśleć, nie biegać. W myśl starego piłkarskiego powiedzenia, że „lepiej mądrze stać, niż głupio biegać”. Ostatnio przeczytałem cytat z wypowiedzi Arthura, który bardzo fajnie się wkomponował w drużynę z Katalonii. Powiedział on, że “w Barcelonie jest tak, że każdy ma swoją strefę i tej strefy musisz pilnować.” Wiadomo, że zdarzy Ci się ją opuścić, ale jak masz wydzielone pole na boisku, to masz tam być i koniec.

Czy kiedykolwiek myślałeś, żeby spróbować gry w futsal, czy to w trakcie kariery, czy już po? Bo wiemy, że grałeś przez jakiś czas w “Spidersach”. Teraz ta dyscyplina sportu wróciła do Krapkowic w postaci drużyny Bongo Krapkowice, którego logo nawet trochę przypomina to Barcelony.

Uwielbiam grać na hali, ale w klubie mamy odgórny zakaz grania w lokalnych ligach futsalu. Ostatnio byłem na meczu Bongo i nie ukrywam, że bardzo mnie ciągnęło na parkiet. Nie wiem, czy zajmę się tym kiedyś na poważnie. Ubolewam, że jest zakaz grania na hali, ale Ruch to mój pracodawca i muszę się do tych wytycznych dostosować. Chodzi przecież o nasze zdrowie. Wiadomo, że w futsalu często zdarzają się kontuzje, a Ruch nie może sobie pozwolić na kolejne urazy i wykluczenia, których w ostatnim czasie trochę się nazbierało. Zdarzyło się, że pojechaliśmy w 16 osób na mecz, a kontuzja odniesiona w wyniku gry na hali tylko by tę sprawę pogorszyła. A co po zakończeniu kariery? Czas pokaże. Jest dużo alternatyw: trenerka, skaut, wspomniany futsal. Czegoś trzeba szukać, żeby po graniu w piłkę nie iść do pracy na etat.

Rozmawiał: Michał Cebula

zdjęcie wyróżniające: Mirosław Szozda

 

ZAPRASZAMY DO POLUBIENIA NASZEGO FANPAGE’A NA FACEBOOKU I ŚLEDZENIA NASZEGO KONTA NA TWITTERZE!

 

Dodaj komentarz