Oligarchowie europejskiego futbolu chcą zarabiać więcej. To normalne, zważywszy na to, jak szybko rozwija się kult pieniądza na starym kontynencie. Jednak czy dwie kolejne pełne sakiewki z dolarami są warte zniszczonego porządku oraz oddzielenia najlepszych ogromną ścianą, nad którą żadna federacja nie ma kontroli?

Kojarzycie może, jak to się robi w Ameryce? Chodzi rzecz jasna o wydarzenia sportowe. USA słynie ze świetnie oprawionego finału ligi NFL – Superbowl, lecz przed tym jednym spotkaniem (gloryfikowanym co najmniej jakby Donald Trump wziął,  gwarantujący całemu światu pokój, ślub z Władimirem Putinem) zachodzi żmudny proces wyłonienia tych dwóch najlepszych ekip.

Czy jednak Philadelphia Eagles i New England Patriots (finaliści z 2018 roku) gromili swych rywali w drobny pył niczym Barcelona w lidze hiszpańskiej. No nie wydaje mi się. W Stanach podobny system rozgrywania spotkań mają koszykarska liga NBA, hokejowa NHL, czy nawet “soccerowa” MLS. Ogromny kraj, a nawet dwa (gdyż Kanadyjczycy również mają swoich klubowych reprezentantów we wcześniej wymienionych rozgrywkach), są podzielone na konferencje: zachodnią oraz wschodnią, do tego dochodzą dywizje. Najpierw zostaje rozegrany sezon zasadniczy, dzięki któremu wyłaniane są najlepsze drużyny z danych konferencji, które następnie rywalizują między sobą w play-offach. Zwycięzcy wschodu i zachodu grają ze sobą o najwyższe trofeum. Meczów w sezonie jest wiele, droga do mistrzostwa zawiła. Jedynie najlepsi z najlepszych zdobywają laury. Czemu jednak praktycznie co roku mamy innego wygranego, ba, czemu co roku totalnie inne zespoły dostają się do play-off niż rok temu. Przykładowo w lidze hokejowej NHL mamy 31 zespołów. Wszystkie te ekipy prezentują najwyższy światowy poziom, spotykają się ze sobą parę razy w sezonie. Wyobrażacie sobie sytuację, w której czołowe europejskie zespoły grają ze sobą co tydzień? Co kolejkę mielibyśmy możliwość oglądania klasyku Realu z Barceloną, niemieckiego der klassiker, derbów Londynu, Manchesteru, czy pojedynku Juventusu z Napoli.

O powrocie pomysłu tak zwanej Superligi doniósł portal Football Leaks, a następnie niemiecki Der Spiegel. Szefowie 16 czołowych europejskich klubów: Bayernu Monachium, Realu Madryt, Barcelony, Manchesteru United, Chelsea, Arsenalu, Manchesteru City, Liverpoolu, Paris Saint-Germain, Juventusu i AC Milanu, podpisali list intencyjny stanowiący dowód na to, iż wizja odłączenia się od jakichkolwiek federacji, może stać się faktem. Wyżej wymienione zespoły miałyby zaprosić do wspólnej ligi również Atletico Madryt, Borussię Dortmund, Olympique Marsylia, Inter Mediolan i AS Romę. Superliga miałaby rozpocząć swoje istnienie od 2021 roku.

Kiedy stała się faktem informacja, że nowatorski pomysł na większy zarobek prezesów największych klubów przestał być straszakiem w negocjacjach z UEFA (zmiany, które weszły od tego sezonu w Lidze Mistrzów oraz Lidze Europy, są tego pokłosiem), a zrodziła się konkretna chęć oderwania od europejskiej federacji, wówczas UEFA oraz FIFA straciły dobry humor. Prezydent światowej federacji Gianni Infantino powiedział na konferencji w siedzibie tej organizacji w Zurychu:

“Albo jesteś w środku, albo na zewnątrz. Takie zagrożenie istnieje. Ci, którzy są za to odpowiedzialni, powinni zdać sobie z tego sprawę przed tym nieodwracalnym krokiem”.

Dodatkowo zapowiedział, że piłkarze, którzy zdecydują się zagrać w Superlidze, zostaną wykluczeni z mistrzostw świata i innych międzynarodowych rozgrywek, w tym z mistrzostw kontynentalnych (np. Euro, czy Copa America). W podobnym tonie o nowej strukturze wypowiada się European Leagues, organizacja skupiająca ligi europejskie z 25 krajów:

“Ligi wspierają europejski model sportowy oparty na strukturze piramidy, w której mechanizmy promocji i spadków oraz sportowe zalety klubów stanowią rdzeń każdej konkurencji, propozycje dotyczące zamkniętej Super League będą miały poważne i trwałe implikacje dla długoterminowej stabilności zawodowego futbolu w Europie”.

Piłkarskie organizacje krzyczą wręcz, o zburzeniu zdrowego porządku rywalizacji sportowej oraz sprawiedliwej konkurencji. Troska o szlachetne prawa wydają się jedynie wymuszoną kurtuazją w stosunku do przyjętych norm sportowych. W praktyce FIFA, a w szczególności europejska federacja już liczą stracone pieniądze. Z Ligi Mistrzów, Ligi Europy i innych rozgrywek uciekają nie tylko piekielnie silne drużyny, ale i piekielnie duże sumy finansowe (kibice, prawa telewizyjne itp.). Nie dziwią więc tak zdecydowane reakcje, jak zapowiedź Infantino. Powstanie Superligi wymieliłoby świat futbolu od góry do dołu. W tym momencie, jeśli jest przerwa reprezentacyjna, kluby muszą puścić swych zawodników pod opiekę selekcjonerów. Sytuacja po wprowadzeniu omawianego zamkniętego światka przypominałaby impas na linii IIHF oraz National Hockey League. Światowa federacja hokeja na lodzie organizuje mistrzostwa świata równocześnie, gdy rozgrywane są play-offy ligi NHL. Wówczas np. Amerykanie, którzy prezentują najlepszą formę w danym sezonie, na czempionacie wystąpić nie mogą. W tej sytuacji na mundialu mamy do czynienia z wykastrowaną z gwiazd USA B. Wyobrażacie sobie reprezentację Francji bez Umtitiego, Varana, Kante, Griezzmana, Giroud, Areoli, Dembele, czy Martiala?

Największy cios jak zwykle otrzymają kibice. Z futbolu zniknie rywalizacja “Dawida z Goliatem”. Za co my, fani, kochamy tę dyscyplinę? Za piękno nieprzewidywalności. Ktoś powie, w NHL też nie wiadomo kto wygra. Ok, ale nawet w przypadku pojedynku III-ligowca z I-ligowcem w Polsce ta niepewność ma dalej miejsce, mimo jakichkolwiek przewidywań czy analiz. Pamiętacie jaką pożywką, jakim świętem dla nas wszystkich była wygrana Leicester w całej Premier League w 2016 roku. Dodajmy, że Manchester City, czy Chelsea nie wzięły na sezon 2015/16 urlopu zdrowotnego…

źródło zdjęcia wyróżniającego: goal.com

Dodaj komentarz