Bartosz Łastowski w realiach AMP Futbolu to postać, której nie trzeba nikomu przedstawiać. Ikona. Wielu pełnosprawnych piłkarzy, gdy spojrzy w kierunku gabloty z jego trofeami i wyróżnieniami, może jedynie spuścić głowę w geście zakłopotania. O to, by mieć go w swoich szeregach, biją się prawdziwi giganci. A ma dopiero 21 lat. Bramy sportowego raju stoją przed nim otworem. Brzmi pięknie. Jednak mało kto zdaje sobie sprawę z tego, jak trudna była ta droga na sportowy szczyt.
Zapraszamy na historię o spełnianiu piłkarskich marzeń, naznaczoną ogromem bólu, cierpienia, złości, rozczarowań, frustracji i żalu do otaczającego świata. Przed Wami “Messi”. Polski “Messi”…

 

Arkadiusz Jargieło: Minęło już kilka tygodni od Mistrzostw Świata w Meksyku. Wracasz jeszcze myślami do tego ćwierćfinałowego dreszczowca z Angolą?

Bartosz Łastowski: Oczywiście. Wracam myślami do tego spotkania. Analizuję. Staram się znaleźć czynniki, które wpłynęły na to, że nie potrafiliśmy utrzymać prowadzenia. Myślę, w jakich sytuacjach powinienem zachować się inaczej, gdzie popełniłem błędy, co mogłem zrobić lepiej.
To było spotkanie, które bardzo nam utkwiło w pamięci. Jestem przekonany, że do tego ćwierćfinału będziemy wracali jeszcze nie raz.

Czujesz się zawiedziony?

Czuję, że to spotkanie mogło zakończyć się inaczej. Mam wrażenie, że przy odrobinie szczęścia, nieco większej koncentracji wcale, nie musieliśmy schodzić z boiska pokonani. Stało się. Porażka w takich okolicznościach boli. Bardzo boli. Za każdym razem jak przypominam sobie zawody w Meksyku, to wraca do mnie ten ćwierćfinałowy pojedynek.

Jakby nie patrzeć jesteście siódmą drużyną na świecie. Mimo wszystko są powody do zadowolenia.

Przed meczem z Hiszpanią powiedzieliśmy sobie, że lepiej być siódmą drużyną globu, niż ósmą. Zawsze gramy o jak najlepszy wynik. Jest jednak niedosyt. Naszym celem była strefa medalowa. I tutaj znowu wracamy do spotkania z Angolą. Wszystko sprowadza się do tego pojedynku. Przegraliśmy w ćwierćfinale i trzeba było się zadowolić walką o miejsca 5-8.
W tak zwanym “małym połfinale” z Anglią nie mogłem zagrać przez nadmiar żółtych kartek. Obserwując wydarzenia z boku, bardziej się zmęczyłem, niż gdybym miał walczyć razem z chłopakami na boisku. Krzyczałem, biłem brawo, motywowałem w każdy możliwy sposób kolegów. Niestety tylko z perspektywy ławki dla rezerwowych. Bardzo chciałem pomóc. Ładunek emocjonalny był ogromny. Każdy z reprezentantów, czy na boisku, czy poza nim, walczył o jak najlepszy rezultat. Skończyło się na siódmym miejscu. Trzeba się cieszyć z tego, co jest.

Zabrakło Cię w dwóch meczach na tym turnieju: z Japonią i Anglią. Oba spotkania przegraliśmy.

Znajomi też mi to mówili. “Zabrakło Bartka, nie było komu strzelać bramek.” Oba spotkania przegraliśmy 0:2.

Czujesz, że jesteś filarem tej kadry?

Czuję, że jestem ważnym elementem tej drużyny, ale czy filarem? Niezależnie od tego. kto jest w danej chwili na boisku, to daje z siebie maksimum. Jesteśmy drużyną. Kompanią braci. Wszyscy w pewnym stopniu odpowiadamy za wynik.
Myślę, że moja obecność na boisku w spotkaniach z Anglią i Japonią mogłaby pomóc. Być może udałoby mi się strzelić jakąś bramkę, która odwróciłaby losy spotkania. Ciężko teraz, po fakcie przewidzieć, co by się wydarzyło.
Sądzę, że koledzy z drużyny czują większy komfort, gdy jestem razem z nimi na murawie. Znają już moją wartość, wiedzą, że mogą mi zaufać.

Pseudonim boiskowy zobowiązuje…

Pseudonim to jest tylko pseudonim. Wcale nie musi być wyznacznikiem wartości sportowej. Niemniej jednak cieszy mnie porównywanie do Messiego. Jeszcze większą frajdę sprawia fakt, że zostałem tak nazwany przez argentyńską prasę! Może to świadczyć tylko o tym, że posiadam umiejętności, na które zwraca się uwagę. To z pewnością jest sukces i powód do dumy.

Motywacja do dalszej pracy?

Jak najbardziej! W żadnym wypadku nie zamierzam spocząć na laurach. Wręcz przeciwnie. Muszę pracować dwa razy ciężej i udowadniać, że ten pseudonim do mnie pasuje i na niego zasługuję.

zdjęcie: Bartłomiej Budny

 

“Messi w Osmanlisporze.” Taki nagłówek w realiach piłki jedenastoosobowej byłby niezwykle szokujący. W realiach AMP Futbolu nie jest to tak kontrowersyjne. Jak blisko byłeś przenosin do Turcji?

Zacznę od tego, że Osmanlispor to w świecie AMP Futbolu prawdziwy gigant. Barcelona, Real czy Juventus w piłce jedenastoosobowej. Niekwestionowany top. W mojej opinii nie ma obecnie lepszej drużyny na świecie.
Owszem. W 2016 roku wpłynęła oferta od Turków. Negocjacje były w bardzo zaawansowanym stadium. Większość kwestii mieliśmy dogadane. Ja byłem bardzo zdeterminowany na ten transfer. Tylko ignorant nie chciałby skorzystać z oferty najlepszej drużyny na świecie! Niestety Turcy po pewnym okresie wycofali swoją ofertę. Po miesiącu odezwali się ponownie. Ja w międzyczasie zaczerpnąłem opinii na temat klubu, kwestii organizacyjnych, życia nad Bosforem. Okazało się, że Turcy potrafią nie wywiązywać się z ustaleń kontraktowych. Ciężko wyegzekwować od nich warunki, jakie zostały zawarte w umowie. Z wypłatami też bywa bardzo różnie. Temat upadł kompletnie. Rozczarowanie to najlżejsze słowo, jakiego mogę użyć w stosunku do uczuć, które mną targały w tamtym momencie. Zraziłem się do tego stopnia, że obiecałem sobie, że w Turcji nie zagram już nigdy.
Poszedłem do Kuloodpornych Bielsko – Biała. Grałem tam przez ostanie dwa lata. Teraz wróciłem do domu i zastanawiam się co dalej.

Masz jakiś konkretny plan?

Jest pomysł, żeby reaktywować drużynę w Szczecinie. Nie zamykam tematu dalszej gry w Bielsku, w drużynie Kuloodpornych. Dałem sobie czas do końca roku, żeby podjąć jakieś wiążące decyzje.

Pojawiają się oferty kontraktowe z zagranicy?

Są sygnały z Turcji. Podchodzę do nich jednak z dużym dystansem, mając w świadomości to, jak potraktował mnie Osmanlispor. Oczywiście mogę przejrzeć oferty, ale zanim podejmę jakiekolwiek rozmowy, zastanowię się nad tym trzy albo cztery razy. Priorytetowo traktuję Polskę i raczej będę się starał wszystko zorganizować tak, żebym nie musiał wyjeżdzać.

Polskie kluby mogą konkurować z tymi tureckimi pod względami kontraktowymi?

W Polsce nie nazwałbym tego kontraktami. Trzeba uczciwie przyznać, że AMP Futbol w naszym kraju to nadal sport czysto amatorski. Nie da się z tego utrzymać. Trzeba łączyć to z pracą. W ‘Kuloodpornych’ mieliśmy przez pewien czas stypendia. Nie były one jednak tak wysokie, by pozwolić sobie na komfort niechodzenia do pracy.
Luksus to jest na kadrze. Tam nie brakuje niczego. Mamy wszystko, czego potrzeba, począwszy od odzieży, przez sprzęt, zgrupowania, hotele, obiekty na transporcie skończywszy. W tej materii inne nacje mogą nam tylko zazdrościć.

Pracujesz, trenujesz, grasz w piłkę, korzystasz z życia. Wygląda to tak, jakby ten niedorozwój lewej kończyny nie był dla Ciebie żadnym problemem.

Staram się żyć jak każdy normalny człowiek. W przeszłości pracowałem na budowie, wspinałem się po rusztowaniach. Mieszkając w Bielsku, grając w Kuloodpornych, dorabiałem jako mechanik ortopeda. Robiłem protezy. Za dzieciaka wchodziło się na drzewa. Wykonuję normalne czynności. Staram się nie myśleć o ograniczeniach, jakie wynikają z mojej niepełnosprawności.
Grywałem w piłkę jedenastoosobową w B klasie z chłopakami z dwiema sprawnymi kończynami. Nie było to dla mnie problemem. W przeciwieństwie do niektórych rywali. Pamiętam jak podczas jednego ze spotkań zawodnik przeciwnej drużyny zawołał swojego kolegę, żeby to on mi odebrał piłkę, bo tamten się bał. Przykre to było. Czułem się niedoceniony. Ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, że ja pomimo swoich ograniczeń jestem w stanie większość czynności wykonywać tak samo dobrze, a czasami nawet lepiej niż inni.

zdjęcie: Bartłomiej Budny

 

Często się spotykasz z takimi przejawami nietolerancji?

Z przykrością stwierdzam, że takie sytuacje się zdarzają. Wytykanie palcami, dziwne spojrzenia na ulicy. Społeczeństwo w obecnych czasach ma tendencję do marginalizowania. Każdy, kto nie ma ręki lub nogi, jest obiektem zainteresowania. Trzeba wskazać na taką osobę, bo jest inna niż pozostali. Każde odstępstwo od normy musi zostać sprowadzone do roli atrakcji, sensacji. Taki rodzaj zainteresowania nie jest w porządku. Każdemu to się mogło przytrafić.
Nie chcę walczyć z wiatrakami, choć czasami mam ochotę się zatrzymać i danej osobie powiedzieć prosto w twarz co myślę o takim zachowaniu.

Bardzo długo walczyłeś o to, by dojść do pełnej sprawności.

Urodziłem się z niedowładem lewej kończyny. Nie chciała rosnąć poniżej kolana. Były jednak nadzieje na to, żeby tę nogę uratować. Lekarze zapewniali, że serie zabiegów mogą doprowadzić mnie do pełnej sprawności. Byłem gotów znieść wiele.

Co było najgorsze w tej walce o normalność?

Chyba zabiegi aparatem Ilizarowa. To taki stabilizator, który składa się z metalowych pierścieni, połączonych specjalnymi prętami i drutami, które zespala się z kośćmi. Trzeba było co sześć godzin przekręcać śruby, żeby wydłużały nogę. Najgorsze było ściąganie tego sprzętu. Robiono mi to “na żywca”, bez żadnego znieczulenia. Koszmar. Krzyczałem z bólu tak głośno, że wszyscy, którzy byli akurat w pobliżu, uciekali. Zawsze zostawała tylko mama.

I tak aż do 13 roku życia…

Tak. Byłem akurat chyba w pierwszej klasie gimnazjum, kiedy lekarze doszli do wniosku, że zabiegi nie przynoszą spodziewanych efektów i dalsze próby nie mają już sensu. Przekreślili moje nadzieje na pełną sprawność. Świat mi się zawalił. Zrozumiałem, że nigdy nie będę taki sam jak moi koledzy. Zaczął się okres buntu. Bardzo trudny czas. W szkole sprawiałem mnóstwo problemów wychowawczych. Znacząco pogorszyły się moje wyniki w nauce. Było we mnie mnóstwo złości, rozczarowania, żalu. Zadawałem sobie nieustannie pytania: co dalej? Jak żyć?

Nadal czujesz rozgoryczenie, że akurat Ciebie to spotkało?

Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że nie. Mam 21 lat. Sporo już przeżyłem i pomimo wciąż młodego wieku mam nieco inną optykę na te wszystkie wydarzenia. Biorę życie takim, jakim jest. Akceptuję to, co mnie spotkało. Nie mam na to wpływu. Realizuję siebie. Staram się korzystać ze wszystkiego, co przynosi mi los. Udowadniam sobie i innym, że pomimo pewnych ograniczeń mogę żyć normalnie. Pokonuję kolejne bariery. To mnie bardzo cieszy. No i przede wszystkim mogę grać w piłkę, reprezentować kraj, występować z orzełkiem na piersi. A to otwiera przede mną nowe możliwości.

AMP Futbol odmienił Twoje życie?

Można tak powiedzieć. To był pewien rodzaj reanimacji i przywrócenia do życia. Przez ten rok odkąd się dowiedziałem, że nie wrócę do pełnej sprawności, aż do momentu rozpoczęcia przygody z AMP Futbolem zrobiłem bardzo dużo głupich rzeczy, których do dzisiaj się wstydzę. Nie wiem nawet jak to wytłumaczyć. Chyba tylko chęcią pokazania innym, że mogę być tacy jak oni, zdobycia akceptacji społecznej pomimo niepełnosprawności.
Jak przyjechałem do Warszawy na zebranie w sprawie AMP Futbolu, spotkałem takich samych chłopaków jak ja. Zrozumiałem, że nie jestem na tym świecie jedyny, który boryka się z takimi problemami.

zdjęcie: Bartłomiej Budny

 

Jak się zaczęła Twoja przygoda z AMP Futbolem?

Dosyć przypadkowo. To był chyba listopad 2011 roku. Leciał w telewizji program “Kawa i herbata”, a w nim Mateusz Widłak opowiadał o pomyśle stworzenia w Polsce drużyny dla osób po jednostronnej wadzie lub amputacji kończyny. Zaciekawiło mnie to. Na pierwsze trzy zgrupowania do Warszawy pojechałem z tatą. Bałem się dużego miasta. Stolica. Czternastoletni chłopak. Okazało się, że to wszystko nie jest jednak takie straszne. Później jeździłem już sam. Bardzo mi na tym zależało. Cieszę się, że podjąłem taką decyzję i mogę być częścią tej drużyny. Stanowimy świetną grupę. Super zgrany zespół.

To widać na boisku…

Dogadujemy się świetnie, więc ma to przełożenie również na grę. Rozumiemy się niemal bez słów. Śmiejemy się z tych samych dowcipów. Z siebie też potrafimy żartować. Poziom humoru i szyderki na najwyższym poziomie. Nikt się nie obraża. Jesteśmy jak bracia.

“Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego” jak mawia stare porzekadło. Uważasz, że te cechy wolicjonalne, nieustępliwość, zadziorność, walka o każdy centymetr boiska to rezultat życiowych doświadczeń?

Każdy z nas przeszedł w życiu coś ciężkiego. Coś, co wpłynęło na jego dalsze losy. Każdy z nas w mniejszym lub większym stopniu toczył nierówną walkę o pełną sprawność. To nas wiele nauczyło. Ciężkie doświadczenia budują przede wszystkim charakter. Nabywasz takiego genu samozaparcia i wytrwałości, dążenia do pewnego celu za wszelką cenę. W naturze mamy walkę. Zostawiamy kawał serducha we wszystkim tym, co robimy. Nie ma mowy o poddawaniu się. Ten bagaż doświadczeń, który każdy z nas dźwiga, uwypukla się na boisku.

Emocje, których dostarczacie w każdym meczu sprawiają, że grono kibiców AMP Futbolu w Polsce stale rośnie.

To jest coś niesamowitego. W najpiękniejszych snach nie byłbym sobie w stanie wymarzyć sytuacji, że ludzie będą wstawać w środku nocy, żeby oglądać nasze spotkania. To świetne uczucie mieć wsparcie tylu kibiców, taką publiczność, która nas mocno wspiera i nam dopinguje.
W wolnych chwilach, w Meksyku, podczas oglądania powtórek podświadomie zerkaliśmy na statystyki wyświetleń. Liczby były oszałamiające!

zdjęcie: Bartłomiej Budny

 

Możecie liczyć również na wsparcie bardzo medialnych osób: Kamila Grosickiego, Łukasza Fabiańskiego, Roberta Lewandowskiego czy Michała Pola.

Mieć takich “kibiców” to ogromny honor i nobilitacja. Coś niezwykłego! Sam fakt, że takie osobowości nas wspierają, zachęcają do oglądania naszych meczów, pomagają wnieść AMP Futbol na wyższy poziom, to jest mega kop motywacyjny i impuls do jeszcze cięższej pracy, by dawać kibicom jeszcze więcej radości!

Swoją drogą, macie z Robertem Lewandowskim wiele wspólnego. Obaj jesteście najlepszymi strzelcami swoich reprezentacji.

Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że dokładnie tego samego dnia obaj strzeliliśmy 50 bramkę w narodowych barwach. To było piątego października ubiegłego roku. Dokładnie pamiętam. My graliśmy z Włochami na Mistrzostwach Europy w Turcji, a kadra na czele z Robertem Lewandowskim mierzyła się z Armenią na wyjeździe w meczu eliminacyjnym do Mundialu. Miałem okazję nawet o tym z Robertem porozmawiać osobiście.

Duże przeżycie?

Spełnienie marzeń. Niezwykła rzecz poznać takiego piłkarza osobiście. To chyba było najprzyjemniejsze 20 minut w moim życiu. Z trudem mi się udało opanować takie typowo kibicowskie emocje.
Robert to świetna osoba. Porozmawialiśmy w zasadzie o wszystkim. Dominował oczywiście futbol. Nie mogło być inaczej, bo przecież łączy nas piłka.

 

Rozmawiał: Arkadiusz Jargieło (obserwuj na Twitterze: @juras_7)

Zdjęcie wyróżniające: Bartłomiej Budny

 

ZAPRASZAMY DO POLUBIENIA NASZEGO FANPAGE’A NA FACEBOOKU I ŚLEDZENIA NASZEGO KONTA NA TWITTERZE!

 

Dodaj komentarz