Niegdyś wielka nadzieja polskiej piłki, która przez wiele lat próbowała przekuć swój talent w sukces na boiskach holenderskiej Eredivisie. Dzisiaj nieco zapomniany zawodnik strzegący bramki w egzotycznym, z europejskiego punktu widzenia, Wellington Phoenix. Filip Kurto, bo o nim mowa, zdecydowanie wpasował się w australijski klimat. Swoimi znakomitymi występami momentalnie rozkochał w sobie fanów ‘Nix’, a dzięki jego spektakularnym interwencjom drużyna, która w zeszłych sezonach tułała się w ogonie A-League, obecnie liczy się w walce o play-off. Zapraszamy na wywiad!

 

Arkadiusz Jargieło: Minęło trochę czasu od Twojej przeprowadzki do Nowej Zelandii. Można powiedzieć, że zaaklimatyzowałeś się w nowym miejscu?

Filip Kurto: Jak najbardziej. Nie miałem z tym najmniejszych problemów. Już od pierwszego dnia wszyscy w klubie traktowali mnie tak, jakbyśmy się znali od paru miesięcy. Szybko zostałem zaakceptowany w drużynie. Nie miałem bariery językowej. Nawet lewostronny ruch nie okazał się takim wyzwaniem, jak wcześniej się tego spodziewałem.

Jak istotną rolę odgrywa fakt, że w drużynie jest drugi Polak, Michał Kopczyński?

Myślę, że to pozytywna sprawa i ułatwienie dla nas obu. Michał to bardzo dobry człowiek. Mamy zbliżone zainteresowania, więc szybko złapaliśmy wspólny język.

Wielu kibiców nie kryło zdziwienia po transferze do Wellington. Skąd pomysł, by kontynuować swoją karierę w A-League?

Słyszałem bardzo dobre opinie o tym miejscu i o lidze, więc jak tylko pojawiła się oferta z Phoenix, to długo się nad tym nie zastanawiałem.

foto: NZ Photomac (Cameron McIntosh)

 

Jak byś scharakteryzował tamtejsze rozgrywki? Dużo różnic względem europejskiej piłki?

Z uwagi na moje doświadczenie, A-League mogę w głównej mierze porównywać z rozgrywkami holenderskimi. Różnica jest spora. W Holandii głównym założeniem było długie rozgrywanie piłki, wymiana dużej liczby podań i przede wszystkim koncentracja na ataku. Tutaj zespoły wydają się bardziej konkretne w posiadaniu piłki, zdecydowanie lepiej przygotowane pod względem taktycznym i fizycznym, gdzie w Holandii zwłaszcza ten ostatni aspekt był traktowany nieco po macoszemu.

Jesteście jedynym klubem z Nowej Zelandii w A-League, stąd wasze wyjazdy na mecze są bardzo dalekie. Jak sobie z tym radzicie?

W klubie bardzo dbają o to, abyśmy mieli po każdym meczu zapewnioną odnowę biologiczną. Same podróże to żaden problem, a wręcz przyjemność i okazja do poszerzania horyzontów — można przeczytać książkę, obejrzeć film, czy porozmawiać z kolegami z drużyny. A mamy tutaj kilku bardzo doświadczonych zawodników, wywodzących się z innych kultur piłkarskich.

Jesteś jedną z wyróżniających się postaci Wellington. Zewsząd płynął pochwały na temat Twojej dyspozycji.

Po prostu staram się robić to, co do mnie należy i cieszę się, że tak to wygląda. Mam nadzieje, że tak już zostanie do końca sezonu.

Ostatnio furorę zrobiły Twoje interwencje ze spotkania z WS Wanderers. W klubie są przyznawane jakieś specjalne nagrody dla najbardziej kreatywnego zawodnika na boisku?

Nagrody jeszcze nie ma (śmiech), ale kto wie, czy ktoś po sezonie nie wpadnie ktoś na taki pomysł. Każde zachowanie na boisku, nawet to niekonwencjonalne, ma jednak swój jakiś cel.

foto: NZ Photomac (Cameron McIntosh)

 

Grając w Europie, miałeś opinię zawodnika chimerycznego: świetne interwencje przeplatałeś słabszymi. Można powiedzieć, że w Wellington twoja forma w końcu się ustabilizowała?

Patrząc na mecze które już za nami, myślę, że można tak powiedzieć. Jednocześnie jesteśmy dopiero na półmetku, wiec jest jeszcze sporo pracy przede mną. Mam nadzieję, że już tak zostanie. Zwłaszcza że ciężko pracujemy na wyczekiwany przez klub i naszych fanów udział w fazie play-off.

Czy ten brak stabilizacji można uznać za główny czynnik, który spowodował, że nie zrobiłeś w Holandii kariery na miarę oczekiwań?

Żaden z trenerów nigdy mi tego nie zarzucił. Bardziej chodziło o umiejętność gry nogami. W Holandii chcieli, aby większość piłek była rozgrywana krótko, do obrońców, a ja zawsze na pierwszym miejscu stawiałem bezpieczeństwo i gdy widziałem jakieś ryzyko w takim podaniu, to posyłałem długą piłkę. Bramkarze wychowani w tamtym systemie gry nie mieli z tym problemu. Od dziecka bardziej skupiają się na grze nogami niż na ćwiczeniach stricte bramkarskich.

Próżno Cię szukać w jakichkolwiek mediach społecznościowych. Świadczy to o tym, że koncentrujesz się tylko i wyłącznie na piłce?

To prawda, nie jestem zbyt aktywny w sieci. Chcę jednak podkreślić, że posiadanie mediów społecznościowych nie przeszkadza w koncentrowaniu się na piłce i ludzie potrafią to bardzo dobrze pogodzić. Jeżeli o mnie chodzi, to brak profili w social mediach wynika raczej z mojego charakteru.

Myślisz o powrocie do Europy? Do Ekstraklasy?

Aktualnie nie, ale to tylko dlatego, że jestem człowiekiem, który skupia się na teraźniejszości. Nie lubię wybiegać zbyt mocno w przyszłość. Mam kontrakt do końca sezonu i jedynie, o czym myślę, to jak najlepsza gra dla obecnego klubu.

Śledzisz wydarzenia w polskiej lidze?

Oczywiście. Oglądanie meczów, ze względu na różnicę czasu, jest trudne, ale zawsze z ‘Kopą’ siadamy i oglądamy skróty wszystkich spotkań.

foto: NZ Photomac (Cameron McIntosh)

 

Cillian Sheridan podzielił się już z Tobą wrażeniami z gry w Polsce? Wellington Phoenix robi się taką małą kolonią zawodników Ekstraklasy.

Zawodników z ekstraklasy mamy zaledwie dwóch. Jakby nie patrzeć, ja jednak grałem przez długi okres w Eredivisie.
Cillian to przede wszystkim wysokiej klasy zawodnik, który wniósł sporo potencjału do zespołu. Jak na razie jest tutaj krótko. Odkąd się pojawił, gramy dosyć często, więc nie było zbyt wielu okazji do rozmów. Mamy jednak wspólnych znajomych i sporo o nim wiedziałem przed jego przylotem do Wellington.

Serce krwawi, gdy widzisz, co się dzieje obecnie w Wiśle Kraków? Jesteś częścią jej historii…

Oczywiście, że tak — w końcu spędziłem tam parę lat! W klubie ciągle są ludzie, z którymi na co dzień współpracowałem i naprawdę nie chciałbym, aby Wisła musiała zaczynać wszystko od nowa. Na szczęście z tego co wyczytałem, jest coraz lepiej i prawdopodobnie wszystko skończy się dobrze. Miejsce Wisły jest w Ekstraklasie.

Masz żal, że nie dostałeś realnej szansy w Krakowie?

Nigdy nie myślę, co by było, gdyby. Cieszę się z tego, jak potoczyło się moje życie i akceptuje wszystkie wybory czy zbiegi okoliczności, jakie mnie w nim spotkały.

Reprezentacja Polski? Realny temat czy raczej sfera marzeń? Znakomite występy w A-League niestety nie dają gwarancji powołania…

Obecnie to strefa marzeń. Obsada bramki to chyba najmniejszy problem w naszej reprezentacji

Na meczach możecie liczyć na wsparcie rodaków, Polonii?

Tak, jest kilku Polaków, którzy przychodzą tutaj na mecze. Nawet w Australii kilka razy trafiło się na kogoś z Polski. Choć niekoniecznie w koszulce naszej drużyny. Interakcje z kibicami z Polski zawsze są bardzo pozytywne.

Jak się żyje w Wellington?

Bardzo dobrze. Jak na stolicę jest to bardzo spokojne i ciche miasto, z pięknymi widokami. Wszędzie jest blisko. W zasadzie w każde miejsce można dojechać w 15 minut. Jedyna rzecz na którą można narzekać to wiatr, który naprawdę potrafi mocno wiać. Ale taka jest już chyba wyspiarska natura.

Skąd się wziął Twój pseudonim “Krecik”?

(śmiech) Już dawno tego nie słyszałem. Kilku kolegów, ze względu na to, że miałem wadę wzroku, wymyśliło taki pseudonim. Wszystkim zainteresowanym mogę powiedzieć, że niestety to już nieaktualne.

 

zdjęcie wyróżniające: wellingtonphoenix.com

 

ZAPRASZAMY DO POLUBIENIA NASZEGO FANPAGE’A NA FACEBOOKU I ŚLEDZENIA NASZEGO KONTA NA TWITTERZE!

 

Dodaj komentarz