Jak daleka jest droga z trybun na trenerską ławkę? Dlaczego polscy szkoleniowcy powinni pozbyć się kompleksu niższości względem zagranicznych kolegów po fachu? Oraz jak istotną rolę odgrywa wnikliwa obserwacja rozgrywek piłkarskich na niższych szczeblach? Na te i wiele innych pytań odpowiada Emil Kot — scout akademii West Hamu United, menedżer Victorii Londyn, inicjator projektu „Ty też masz szansę”, a prywatnie wielki fan... ruskich pierogów. Zapraszamy do lektury!
 
Arkadiusz Jargieło: Cześć Emil. Na samym początku muszę Ci szczerze przyznać, że chyba mam do czynienia z najbardziej zapracowanym Polakiem na Wyspach Brytyjskich.
Rzeczywiście trochę tych zajęć jest (śmiech).
 
Uporządkujmy: scout West Hamu, manager Victorii Londyn, praca na pełny etat, rodzina, dziecko, a do tego wszystkiego jeszcze projekt „Ty też masz szansę”. Jak Ty to wszystko łączysz?
Jest ciężko. Doby brakuje. Mimo wszystko wychodzę z założenia, że nie ma rzeczy niemożliwych. Zawsze dążę do wyznaczonych sobie celów.
 
Jak nietrudno zauważyć, futbol odgrywa ważną rolę w Twoim życiu. Można postawić odważną tezę, że byłeś wręcz skazany na piłkę.
Zgadza się. Moja rodzina już kilka pokoleń wstecz była mocno związana z piłką nożną. Dziadek był bramkarzem w klubie na poziomie trzeciej ligi, tata miał okazję reprezentować barwy Legionovii Legionowo. Brat również jest mocno związany z futbolem. Nawet już syna zapisał do szkółki piłkarskiej, żeby ten kontynuował rodzinne tradycje. Osobiście też zaliczyłem przygodę z zawodową piłką, bo karierą raczej tego nazwać nie można.
 
Nawiązując do Twojej, jak sam to nazwałeś, „przygody” z wyczynowym futbolem: czy ciężka kontuzja, jakiej się nabawiłeś, w pewnym stopniu zdeterminowała fakt, że postanowiłeś zostać menedżerem? Czy nie było tak, że za wszelką cenę chciałeś zostać w profesjonalnej piłce?
Tak na dobrą sprawę, to trenerem byłem już od 10 roku życia, grając w Football Managera (śmiech). Mówiąc jednak zupełnie poważnie, to rzeczywiście, zerwane więzadła w pewnym stopniu przyczyniły się do tego, że musiałem nieco zmienić swoje plany względem futbolu. Miałem moment, że skoncentrowałem się na trybunach i aspekcie kibicowskim. Jednak dzięki osobie Jarosława Wojciechowskiego, wróciłem do piłki w tym wymiarze czysto sportowym. To właśnie Trener Wojciechowski namówił mnie, żebym poszedł w kierunku szkolenia, zdobył odpowiednie uprawnienia. To on widział we mnie potencjał. Powtarzał jak mantrę, że jest to zajęcie, które może przynieść wymierne korzyści i w dużej mierze dzięki niemu moje losy potoczyły się tak, a nie inaczej.
 
Mam rozumieć, że w Football Managerze prowadziłeś tylko i wyłącznie Polonię Warszawa?
Na ogół tak, aczkolwiek to nie była zasada. Bardzo często brałem zespoły z najniższych klas rozgrywkowych w Anglii i przebijałem się przez wszystkie możliwe szczeble, aż dotarłem na sam szczyt. Poza tym, od zawsze byłem zafascynowany lokalnymi ligami na Wyspach. Strasznie podoba mi się tutaj klimat tych kameralnych stadionów. Nie ma może jakiegoś chóralnego dopingu, ale te trybuny „żyją” meczem. To uzależnia. Wracając jednak do tematu, to śmiejemy się bardzo często, że wirtualną rozgrywkę przeniosłem poniekąd do świata realnego i teraz z Victorią Londyn muszę się przebijać od trzynastego poziomu rozgrywkowego w górę, ale stawiając już czoła wszystkim problemom realnie, w rzeczywistości, a nie przed ekranem monitora.
 
Victoria Londyn to nie jedyne Twoje osiągnięcie trenerskie. Skądinąd wiem, że byłeś asystentem Piotra Dziewickiego w trzecioligowej, wówczas, Polonii Warszawa. Mało tego, pod waszą wodzą klub awansował klasę wyżej. Jak wspominasz tamten okres?
Podsumowując to jednym zdaniem: doskonałe doświadczenie pod okiem fenomenalnego człowieka. Piotr nauczył mnie bardzo wiele jeżeli chodzi o typowo piłkarski warsztat, przygotowanie zespołu do sezonu. Bardzo chętnie dzielił się swoją wiedzą zdobytą podczas gry w Amice Wronki czy w Antalyasporze w Turcji. Bywało tak, że spędzaliśmy po 10-11 godzin w klubie. Dzięki niemu nabrałem ogłady w kontaktach z mediami, czy też takich zwykłych stosunkach interpersonalnych, biznesowych.
Okres trenerski w Polonii wspominam bardzo dobrze również z innego powodu. Chyba jako pierwsza osoba na świecie przekształciłem się z zagorzałego kibica, wręcz fanatyka prowadzącego doping na trybunach, w trenera. Sytuacja bez precedensu, a zarazem spełnienie moich marzeń.
 
 
Czy uważasz, że fakt dowodzenia w przeszłości ruchem kibicowskim może mieć wpływ na prowadzenie zespołu piłkarskiego? Jakieś cechy, które ukształtowałeś na trybunach, pomagają Ci w pracy menedżerskiej?
W pewnym sensie tak. Ja swego czasu miałem spory kłopot w relacjach interpersonalnych. Czas spędzony na trybunach pomógł mi się tego problemu pozbyć. Bywały momenty, że musiałem pokierować grupą 1200 czy 1800 osób, w zależności od meczu. Wtedy nie było szans na jakieś obawy czy niepokój. Dzięki temu, teraz jak muszę stanąć przed grupą 20 facetów i przekazać im wytyczne co do taktyki albo wytknąć błędy, upomnieć to nie mam z tym problemu.
 
Nie bez przyczyny wywołałem temat Twojego silnego charakteru. Nie mówię tutaj nawet o tym, że jesteś 'polonistą' w mieście, w którym większość kibicuje Legii. To bardziej kwestia buntowniczego usposobienia. Chodzi mi przede wszystkim o Twoje trudne początki na Wyspach. Niejedna osoba, znajdując się w podobnej sytuacji by odpuściła i zrezygnowała z realizacji swoich marzeń.
Owszem. Początki nie były najłatwiejsze. Po zakończeniu współpracy z Polonią postawiłem wszystko na jedną kartę. Rozesłałem CV po całym świecie. Odzew był zaskakująco duży. Dostałem odpowiedzi z najodleglejszych zakątków świata: Wietnamu czy Nowej Zelandii. Zdecydowałem się jednak na Wielką Brytanię, między innymi ze względu na bliskość geograficzną od Polski. Istotny był też fakt, że z Watfordu dostałem odpowiedź z prywatnego konta, konkretnie od Marka Muddymana, co świadczyło o ich poważnym zainteresowaniu moją osobą. Niestety splot wielu niefortunnych okoliczności spowodował, że stanowiska u nich nie dostałem. Podjąłem niemal natychmiast pracę w kantynie na budowie. W międzyczasie nadal szlifowałem swoje zdolności szkoleniowe i zdobywałem doświadczenie. Trenowałem młodzieżowe drużyny Magic Football Academy, a później Dynamo Sports Foundation. Miałem też krótki epizod w Arsenal Soccer Schools, więc cały czas pozostawałem blisko piłki i tematów z nią związanych. Nie zaprzestałem oczywiście wysyłać maili do poważniejszych „firm” w Anglii. Mówiąc kolokwialnie, spamowałem ich skrzynki mailowe. W Chelsea się nie udało, gdyż problemem nie do pokonania okazała się bariera językowa. W Brentford było już wszystko dogadane, ale mój telefon, w którym miałem niezbędne kontakty i szczegółowe dane spotkania, nieszczęśliwie uległ uszkodzeniu i niestety nie mogłem dotrzeć na umówioną wizytę. Absurdalna sytuacja. Wimbledon z kolei wysłał mi zaproszenie na rozmowę, ale bez konkretnej godziny. Gdy próbowałem dowiedzieć się czegoś więcej, to telefon w ich sekretariacie milczał i sprawa też upadła. W końcu pojawiła się oferta West Hamu, który szukał skautów na zachodni Londyn. Zaaplikowałem. Dostałem odpowiedź zwrotną, że są zainteresowani współpracą. Zostałem zaproszony na rozmowę kwalifikacyjną, Z grona około 200 aplikacji wybrali 20 osób. W ostatnim etapie wyselekcjonowali trzy, w tym mnie. Jak się pózniej okazało, najbardziej odpowiadałem profilowi pracownika, którego poszukiwali i tak zaczęła się moja przygoda z popularnymi „Młotami”. Myślę, że na moją korzyść podziałał fakt, że jestem Polakiem. W zachodnim Londynie funkconuje mnóstwo małych szkółek piłkarskich, w których trenują młodzi chłopcy polskiego pochodzenia. To jest potężny rynek i West Ham po prostu potrzebował kogoś, kto ten sektor dla nich zinfiltruje.
 
 
Jeżeli popatrzymy w Twoje CV to nazwy klubów, z którymi miałeś już współpracowałeś, na przeciętnym piłkarskim kibicu robią wrażenie i zdecydowanie działają na wyobraźnię. Czy Twoje menedżerskie aspiracje sięgają rzeczywiście tak wysoko? Wierzysz, że pewnego dnia poprowadzisz, jako pierwszy trener, zespół z Football League?
Oczywiście. Z takim zamiarem tutaj przyjechałem. Wiadomo, że jeszcze bardzo długa droga przede mną. Żeby wspiąć się na najwyższy szczebel, niezbędna jest cała masa odpowiednich kursów i szkoleń. To z kolei wiąże się z nakładami finansowymi, ale nie ma rzeczy niemożliwych. Małymi krokami do przodu. Przywołam tutaj temat Arsenalu. To były wprawdzie tylko 'soccer schools', ale opierały się na schematach pracy głównych akademii „Kanonierów”. Konspekty treningowe czy inne materiały szkoleniowe dały mi podstawy i uwydatniły aspekty, na których należy się skupić. Inna sprawa to siatka kontaktów, jaką w tym okresie nawiązałem. Jest ona potężna i zostanie mi do końca życia.
 
Nie zmienia to jednak faktu, że w zasadzie żaden z polskich trenerów nie zrobił poza granicami naszego kraju jakiejś oszałamiającej kariery...
W takim razie ja chciałbym być tym pierwszym! Z drugiej jednak strony nie ma co wybrzydzać. Michał Probierz próbował swoich sił w Grecji, Piotr Nowak jest uznanym szkoleniowcem w Stanach Zjednoczonych, a Henryka Kasperczaka w Afryce nie trzeba nikomu przedstawiać. Jest on legendą w wielu krajach. W Polsce jest po prostu taka mentalność, że nie doceniamy tego, co mamy. Lepiej marudzić i narzekać na wszystko dookoła.
W zawodzie trenera trzeba też mieć ambicje i stawiać sobie wysokie cele. Przykład: Czesław Michniewicz. Na krajowym podwórku osiągnął wiele, ma swoją ugruntowaną pozycję. Z kilku zaufanych źródeł wiem, jak bardzo naciskał na angaż w Anglii. W bardzo wielu gabinetach różnych klubów, z różnych brytyjskich lig przewijało się jego nazwisko. Na razie nic z tych planów nie wyszło, ale ma odwagę spróbować czegoś nowego. I ja to bardzo szanuję.
 
Co teraz robisz, żeby podnosić swoje kwalifikacje trenerskie?
Cały czas się ubiegam o licencję UEFA A. W naszym kraju niestety jest to tak skonstruowane, że wymagana jest licencja PZPN-u na klub. Ja nie pracuję z żadnym zespołem w Polsce, więc z automatu pojawiają się problemy. Druga sprawa to finanse. Koszt takiego kursu nie jest mały, niestety, i w tej chwili mnie zwyczajnie na niego nie stać. Staram się te braki nadrobić stażami i szkoleniami. W ubiegłym sezonie spędziłem niezwykle cenny tydzień w Jagiellonii Białystok u boku trenera Michała Probierza. W tym sezonie mam już zaplanowaną wizytę w Rakowie Częstochowa u trenera Marka Papszuna i drugi rok z rzędu będę się starał wyjechać do Hannoweru, do trenera Edwarda Kowalczuka. Poza tym planuję drobne kursy doszkalające na terenie Wielkiej Brytanii.
 
 
A Czy masz jakiegoś szkoleniowca, którego starasz się w pewien sposób naśladować, od którego czerpiesz wzorce?
Ludzie przyszywają mi pewne łatki. Ojrzyński, Guardiola i tym podobne porównania można znaleźć w internecie. Chodzi tu jednak przede wszystkim o podobieństwa fizyczne, a nie metodyczne. Ja pracuję na własne nazwisko. Z zasady staram się współdziałać z ludźmi, którzy dają mi pewną sportową jakość. Podobnie jest z trenerami. Biorę, ewentualnie, przykład z pracy szkoleniowców, którzy w moim odczuciu mają swój niepodrabialny styl. Michał Probierz, Marek Papszun, Piotr Dziewicki, Dominik Nowak, Tomasz Tułacz czy Piotr Stokowiec. Myślę, że tym osobom warto się przyglądać, bo można się sporo od nich nauczyć. A co najciekawsze, większość z nich to nie są topowe nazwiska na naszym polskim rynku. Kiedyś Arsene Wenger bardzo trafnie to podsumował. Stwierdził w jednym z wywiadów, że on nawet będąc na wakacjach lubi sobie pójść na jakieś lokalne boisko, gdzie grają piłkarze - amatorzy i ich podpatrywać, bo nawet w takiej błahej sytuacji jest w stanie wydobyć coś konstruktywnego dla swojego rozwoju. Krótko mówiąc, nie ma lepszego sposobu na samodoskonalenie niż mądra obserwacja.
 
Rzeczywiście. Część trenerów, których wymieniłeś, to postaci mało znane w futbolowym świecie. Nawiązując do tego, czy nie uważasz, że nasza liga coraz bardziej zatraca się w bardzo niebezpiecznej tendencji — polskie kluby zatrudniają zagranicznych szkoleniowców, bez znaczących sukcesów, mówiąc wprost: kompletnych 'no-name'ów', zamiast dać szansę młodym, zdolnym, perspektywicznym, a co najważniejsze, rodzimym trenerom?
Oczywiście, że tak jest! To jest to samo co przy projekcie „Ty też masz szansę”. Analogiczna sytuacja z młodymi chłopakami, którzy kopią piłkę w niższych ligach. Polskie kluby kompletnie nie interesują się zawodnikami z niższego szczebla. A moje pytanie brzmi: skąd się wziął Kuba Błaszczykowski? No właśnie z 4 ligi! W naszym kraju jest z tym ogromny problem. Polskie kluby idą mocno na skróty. Nie zwraca się uwagi na detale, takie jak profil zawodnika, sfera mentalna. Zawodnik ma być na tu i teraz. Wydaje się horrendalne sumy na piłkarzy z zagranicznych lig, którzy jak się później okazuje, nie wnoszą nic konstruktywnego do zespołu, lub mają problemy z aklimatyzacją w danej grupie. Za takim transferem nie idzie żaden wynik sportowy, więc tego gracza po pół roku czy po roku się pozbywa i błędne koło się zamyka. A żeby stworzyć fajny, rozumiejący się kolektyw nie trzeba nie wiadomo jakich nakładów finansowych! Potrzebna jest przede wszystkim mądra i racjonalna selekcja. Idealnym przykładem jest Marcin Brosz i jego Górnik Zabrze czy Raków Częstochowa Marka Papszuna. Obydwa zespoły były budowane od początku pod filozofię trenerów. Wszyscy zawodnicy to są zadaniowcy, którzy mają spełnić określoną funkcję na boisku. I to działa! W Polsce ewidentny i nagminny jest brak tego ryzyka, żeby dać szansę młodemu chłopakowi z niższej klasy rozgrywkowej, który mówiąc kolokwialnie, może „odpalić”. Klub w takiej sytuacji i tak nic nie traci, bo dany zawodnik z 4 czy 5 ligi nie dostanie kontraktu na takim samym poziomie finansowym, jak piłkarz z klubu zagranicznego. A efekt może być taki sam.
 
 
Wiem po sobie, że chłopaki w niższych ligach grają przeważnie tylko dla siebie, nie mają większych aspiracji. Kopią piłkę dla przyjemności, żeby zabić nudę. A gdyby siatka skautingowa w Polsce była bardziej rozbudowana i temat wyszukiwania talentów byłby traktowany poważniej, to czy nie miałoby to wymiernego przełożenia na poziom sportowy naszej Ekstraklasy?
Doskonałym przykładem są rozgrywki piłkarskie w Anglii. Tutaj jest 13 lig w ścieżce profesjonalnej, prowadzącej wprost do Premier League. Od 10 ligi zaczyna się poważne granie: kontrakty, pieniądze, kompletne sztaby szkoleniowe. Wyobraź sobie, że na 10 ligę zaglądają skauci z League Two (4 poziom rozgrywkowy), a na meczach w 9 lidze spotkasz łowców talentów z League One (trzeci poziom rozgrywkowy). Później w mediach można usłyszeć historie jak ta Jamesa Vardy'ego, który w barwach Fleetwood Town, w piątej lidze w jednym sezonie zaaplikował 31 bramek. Momentalnie przechwyciło go Leicester City, grające wówczas w Championship. A gdzie był Vardy, zanim przeszedł do Fleetwood? W Halifax Town, w Northern Premier League, czyli naszej siódmej lidze. Jak łatwo policzyć, chłopak w dwa lata przeskoczył pięć poziomów. Teraz z powodzeniem gra w Premier League i jest etatowym reprezentantem Anglii.
Infiltracja niższych lig jest niezwykle istotna! W Polsce mamy mnóstwo utalentowanych chłopaków. Kiedyś jak pracowałem w KS Pniewo, to miałem zawodnika z rocznika 97', który miał niebywałe „papiery” na granie na wysokim poziomie – Hubert Świątkowski. Niestety, szereg okoliczności pozasportowych spowodował, że akurat ten chłopak wielkiej kariery nie zrobił. Ale kto kiedykolwiek wcześniej słyszał o KS Pniewo? Sam, dopóki nie podjąłem tam pracy, nie miałem pojęcia o takim zespole na piłkarskiej mapie. Stąd też pomysł na projekt „Ty też masz szansę”, organizowanie test-meczów, wyławianie talentów czystej wody i rekomendowanie ich klubom w wyższych ligach.
 
Skoro porównujemy już modele: polski i angielski, trafiłem kiedyś na twitterze na wpis prezesa Bońka, który stwierdził, że PZPN wydaje na piłkę amatorską 70 milionów złotych, z kolei angielska federacja 200 milionów funtów. Różnica jest kolosalna. Jak zatem możemy korzystać z tego bogactwa niższych lig, jeżeli od najlepszych w dziedzinie szkolenia dzielą nas lata świetlne?
Akurat PZPN-owi nie mogę wiele zarzucić. Problem leży na niższych szczeblach strukturalnych. W urzędach, które nie finansują odpowiednio klubów. A dlaczego ich nie finansują? Bo te kluby mają statusy stowarzyszeń, z których bardzo łatwo te pieniądze wyprowadzać. Ktoś chce pomóc, ale jak widzi, że dofinansowania nie idą w rzeczywistości na szkolenie i funkcjonowanie danego podmiotu, tylko nabijają kieszenie osób z nim związanych, to w pewnym momencie się od tego odcina. Nie widzi w tym sensu. Kolejne błędne koło. W pierwszej kolejności z tym trzeba zrobić porządek.
Inna sprawa, że w Anglii, nawet zespoły w 10 lidze mają tak zwane „memberships”. Grono osób, które mocno utożsamia się z klubem, wpłaca co miesiąc jakąś kwotę pieniędzy i jest ona w pełni przeznaczona na funkcjonowanie danej organizacji sportowej. Swoisty rodzaj darowizny. Prosty przykład: 100 członków wpłaca co miesiąc 20 funtów, co daje regularne wpływy na poziomie 2000 funtów tylko od kibiców. I nie mówimy tutaj o innych środkach finansowania tj. wpływy z dnia meczowego czy pakiety sponsorskie.
 
Skupmy się jednak na samym aspekcie szkolenia. Dotarły do mnie informacje, że angielska federacja wprowadza szereg zmian w trenowaniu młodzieży.
Owszem. Ten proces zaczął się już jakiś czas temu. Zmiany dotyczą, przede wszystkim, pewnych aspektów już podczas trwania spotkania. Wprowadzany jest między innymi całkowity zakaz wślizgów, co ma zmusić młodych adeptów futbolu do jak najczęstszego przepisowego odbioru piłki, bez niepotrzebnych groźnych zagrań. W konsekwencji ma to też doprowadzić do tego, że gra będzie bardziej płynna. Druga nowinka jest taka, że bramkarz wprowadza piłkę do gry tylko w obrębie własnej połowy. Nie ma czegoś takiego, jak przysłowiowa „laga” do przodu i zobaczymy, co przyniesie los. Kształtuje to w młodych chłopakach kreatywność w konstruowaniu akcji, wywiera nacisk na grę po ziemi, a także zmusza do brania większej odpowiedzialności na swoje barki. Ogólnie rzecz biorąc, bardzo mądre rzeczy, które długofalowo mogą przynieść tylko i wyłącznie korzyści.
 
 
Czy więc w Polsce też nie powinniśmy skupić się na detalach i od najmłodszych lat zwracać uwagę na fundamentalne aspekty futbolowego rzemiosła, takie jak wyprowadzanie piłki, gra po ziemi czy wymienność pozycji?
Z tego, co wiem, to w Polskim Związku Piłki Nożnej jest grupa robocza, która próbuje te przepisy nieco zmienić. Nie można powiedzieć, że nasza centrala skupia się tylko na grupach seniorskich i nic nie robi w kierunku szkolenia młodzieży. Na wszystko potrzeba jednak czasu. Wystarczy wspomnieć o Szkole Trenerów w Białej Podlaskiej. Jest to ośrodek, który był bardzo potrzebny polskiej piłce. Nie są to rewolucyjne zmiany, ale jednak coś się dzieje. Ktoś kiedyś mądrze powiedział, że Europa robi trzy kroki, Polska w tym czasie robi dwa. Zawsze jesteśmy ten jeden krok za najlepszymi i tę różnicę ciężko zniwelować. To jest niezwykle złożony temat. Co nie zmienia faktu, że bardzo często PZPN nie na wszystko ma wpływ.
 
Masz trochę doświadczenia szkoleniowego zdobytego w naszym kraju. Teraz realizujesz się jako menedżer w Anglii. Czy widzisz jakieś różnice w podejściu do spraw stricte trenerskich?
Różnic w gruncie rzeczy nie ma żadnych. Zasadniczą dysproporcją jest zaplecze infrastrukturalne. Ujmę to tak: Polacy mają tendencję do samobiczowania. Wmawiamy sobie, że nie nadajemy się do niczego. Szukamy problemów tam, gdzie ich nie ma. Winą za słabą kondycję rodzimej piłki zrzucamy na trenerów. Bo tak jest najprościej, A wcale tak nie jest! Trener może mieć znakomity warsztat, znać trzy języki, mieć doskonałą wiedzę teoretyczną, ale blokują go inne czynniki. Z reguły infrastrukturalne: nie ma gdzie trenować, nie ma czym trenować, nie ma odpowiedniego sprzętu do obserwacji. Ile klubów w Polsce pracuje na systemach GPS? Trzy? Cztery? W Anglii od League Two praktycznie wszystkie kluby są obudowane technologią, która pozwala na pełny monitoring zawodników. Z takim wsparciem nie masz prawa popełnić błędu w przygotowaniu fizycznym do sezonu. Są już nawet takie aplikacje, które na bieżąco, podczas meczu, pokazują osiągi fizyczne zawodnika. Asystent trenera siedząc na ławce, widzi, że zawodnik X, przebiegł o dwa kilometry więcej niż zazwyczaj, a jego prędkość maksymalna regularnie z każdą minutą spada. Zaliczył trzy straty plus sześć niecelnych podań z rzędu. To znak, że takiego piłkarza należy zmienić, bo już nic konstruktywnego nie wniesie do gry.
W Watfordzie mają 12 boisk treningowych, w West Hamie 10 na jednym ośrodku plus 5 w drugim centrum. Do wyboru: ze sztuczną nawierzchnią, naturalne, kryte, otwarte. Poza tym w klubach w Anglii pracują całe sztaby ludzi. Tam sukces opiera się na grupie specjalistów: indywidualni trenerzy przygotowania fizycznego, trenerzy przygotowania motorycznego, dietetycy, specjaliści od odnowy biologicznej i tak dalej. A boss to jest boss. Tylko wydaje polecenia i selekcjonuje zawodników na dany mecz. Tak naprawdę, to piłkarze w Anglii nie mają z menedżerem zbyt wiele do czynienia. Czasami nawet nie zdają sobie sprawy, że on gdzieś z boku ich obserwuje podczas treningu, który prowadzi armia jego asystentów. W Polsce trener musi być wszechstronnie wykształcony. Alfa i omega. Odpowiada dosłownie za wszystko. Wiadomo, że idą za tym ogromne środki finansowe, ale to są właśnie te detale, które różnią nas od najlepszych, a zarazem dają olbrzymi komfort pracy. 
 
Powoli kończąc już naszą rozmowę, chciałbym Cię poprosić o charakterystykę pracy skauta. Przeciętny kibic futbolu, być może nie zdaje sobie sprawy jak trudna, a zarazem niewdzięczna to profesja.
Ten zawód porównałbym do warszawskiego taksówkarza - stoisz i cierpisz (śmiech). Bardzo często zdarza się tak, że jadę na mecz, oglądam potencjalnego kandydata, a na koniec okazuje się, że młodzian nie spełnia podstawowych wymogów. Żeby była jasność: różne kluby mają różne kryteria wyszukiwania piłkarzy do swoich akademii. W Chelsea, na przykład, zdecydowanie stawiają na aspekty fizyczne. Musi to być wysoki, dobrze zbudowany chłopak, z nienaganną koordynacją, dobrym przyspieszeniem. Z kolei West Ham czy Watford koncentrują się na aspektach czysto piłkarskich: operowanie futbolówką, przegląd pola, ustawianie się, nienaganna technika. Inna sprawa, że w różnych kategoriach wiekowych inaczej ocenia się umiejętności. Nigdy jednak nie jest tak, że z góry jest mi narzucany konkretny zawodnik do obserwacji. Dostaję tylko wytyczne i swoimi sposobami wyszukuję idealnego kandydata. Wiąże się to z niezliczoną ilością wykonanych telefonów, godzinami spędzonymi przed komputerem. Bardzo pomocne są przeróżne kanały społecznościowe. Nieoceniona jest też siatka kontaktów, jaką zdążyłem sobie zbudować. Zasadniczo ta profesja to niewyobrażalny pożeracz czasu, który mimo wszystko sprawia ogromną frajdę i radość komuś, kto jest przesiąknięty futbolem do szpiku kości. Tak jak ja..
 
W takiej sytuacji nie pozostaje mi nic innego jak życzyć Ci niekończących się pokładów tego zamiłowania do futbolu oraz kolejnych sukcesów w życiu zawodowym. Z niecierpliwością będziemy czekać na dzień, kiedy zostaniesz anonsowany jako menedżer jednego z klubów Football League. Dziękuję serdecznie za rozmowę, mnóstwo interesujących faktów i informacji. To była wielka przyjemność.
Ja również serdecznie dziękuję.
 
 
źródło zdjęć: www.emilkot.pl
 
Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej na temat Emila zapraszamy na stronę: www.emilkot.pl oraz na jego profile na Facebooku,Twitterze oraz Instagramie.
 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież