Kto by się spodziewał, że to właśnie zwycięzca europejskiej Ligi Mistrzów wygra Klubowe Mistrzostwa Świata. Real Madryt obronił tytuł najlepszej ekipy globu, co znaczy tyle, że sama formuła turnieju jest lekko oklepana.

Ktoś powie, że w sumie nie, bo w 2012 roku w finale KMŚ, Corinthians Sao Paulo pokonali Chelsea. Ok, ale to było pięć lat temu, a kolejne edycje totalnie zdominowała Europa. Żeby nie było, stary kontynent dominuje na "turnieju", nie zaś w meczach, które, umówmy się, poziomem nie zaskakują. Kto z nas nie kojarzy masakracji 4:0 w 2011, kiedy świetna Barcelona rozbiła brazylijski Santos. Wielu mówiło, że to wówczas, właśnie drużyna z Ameryki Południowej, jest w stanie przeszkodzić potentatom. Dodajmy, że u mistrza Brazylii grali m.in. Neymar (ex-Barca, obecnie Paris Saint-Germain) oraz Ganso (Sevilla). Jak wyglądał cały mecz, poza groźnymi akcjami dumy Katalonii? Nijako, głównie z uwagi na mecz do jednej bramki, bo Santos nie potrafił sklecić przynajmniej dwóch składnych akcji. Spotkanie potrafiło uśpić niejednego bezstronnego widza.

Czy turniej, który zakończył się dokładnie wczoraj można włożyć do kompletnie innej szufladki? Niestety nie. Co gorsza w Zjednoczonych Emiratach Arabskich (jakby co, to turniej pod egidą FIFA gości tam nie pierwszy raz) jest po prostu duszno, co najlepiej widzieliśmy w finałowym meczu Realu z Gremio. Królewscy wygrali 1:0, czyli wynikiem symbolicznym. Ale skoro prawie wszystkie mecze kończyły się jeden do jaja, to chyba coś o tym świadczy. Świadczyć też o czymś musi sensacyjna Al-Jazira Abu Zabi. Gospodarze powinni jako jedyni być przyzwyczajeni do takich temperatur. Przypadek, że zaszli tak daleko? Nie sądze.

Tu pojawia się pytanie za 100 punktów. Po co klubowy mundial w tak egzotycznch miejscach, a po drugie, po co klubowy mundial w ogóle? Po pierwsze, FIFA organizuje KMŚ naprzemian w ZEA oraz Japonii. Krótki okres (dwie edycje) oglądaliśmy najlepsze ekipy swoich kontynentów na boiskach marokańskich. Azja plus Afryka. Czemu na przykład nie Polska, Serbia, Chile, czy Kostaryka? Teoretycznie światowemu hegemonowi chodzi z grubsza o to, aby promować futbol w miejscach, które są trochę mniej zaznajomione z piłką nożną. Ja rozumiem jeszcze te ZEA, ale Japonia i Maroko za rok pojadą na Mistrzostwa Świata! Nie klubowe, a narodowe. Czemu tak jest? Ano cytując pewnego pana - "kasa misiu, kasa". Maroko dało kasę zadowalającą FIFA na jedynie te dwie marne edycje. Natomiast Azjaci, na czele z szejkami wpłacą na konto federacji o wiele więcej.

Ale w ogóle po co taki grudniowy stwór, zabierający Real Madryt na półwysep arabski, uniemożliwiający rozegrani mistrzom Hiszpani jednej z kolejek w La Liga? Czy jest sens prowadzić taki turniej, skoro i tak wiadomo, że klub z Europy zagarnie pełną pulę (pomijając wyjątki, które zdarzają się raz na parę lat). Wówczas głownie kluby z Oceanii, Afryki, Azji, obu Ameryk kiszą się we własnym sosie, pokonując siebie wzajemnie, co rok to z inną kombinacją. Wielu by to coś zlikwidowało. Najlepsi przecież odpoczęliby, nie musieliby grać kolejnych spotkań w i tak już napiętym kalendarzu. Co w takim wypadku zrobi FIFA? Prawdopodobnie w 2021 roku wystartuje wielki klubowy mundial. Będzie w nim brało udział 24 zespoły, a rozgrywany będzie już nie co rok, a raz na cztery lata, zastępując tym samym puchar konfederacji. Organizatorem będzie, jak w przypadku imprezy likwidowanej, przyszłoroczny gospodarz narodowych Mistrzostw Świata. Jak podaje fcbarca.com w dniu 30 listopada: "12 miejsc jest zarezerwowanych dla Europy, a drużyny zostaną wybrane w następujący sposób: czterech ostatnich triumfatorów Ligi Mistrzów, czterech ostatnich finalistów i cztery zespoły z najlepszym współczynnikiem w klubowym rankingu UEFA". Sami sobie postawcie pytanie kto tu jest faworyzowany i kto będzie znowu kosił puchary. Taka naszła mnie refleksja...

Dawid Komorowski

Obserwuj na tt: @PilkaJana

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież