Jak wiele może się wydarzyć w ciągu roku? Bezsprzecznie przybywa nam lat. Poza tym istnieje prawdopodobieństwo zmiany pracy, samochodu, miejsca zamieszkania. Jesteśmy w stanie odbyć podróż dookoła świata, zalegalizować związek albo doczekać się potomstwa. Spectrum dokonań jest dosyć szerokie i ma również swoje odzwierciedlenie w sporcie. W 365 dni da się, między innymi, spaść z futbolowego piedestału w przepaść tandety, chałtury i kiczu, czego namacalnym przykładem jest urzędujący mistrz Polski – Legia Warszawa.

Był przyjemny, wtorkowy dzień. 18 października 2016 r. Madryt żył swoim normalnym rytmem. Park Retiro jak zwykle pełen stałych bywalców, korzystających z licznych promieni słonecznych, Gran Via zakorkowana aż po horyzont, a unoszące się w powietrzu zapachy dobiegające z licznych kawiarni i restauracji wyostrzały zmysły. Im bliżej centrum, tym bardziej gęstniała atmosfera. Nieskończone ilości policji oraz służb porządkowych zwiastowały, że stolica szykuje się na coś niespotykanego. Jak się okazało, owo poruszenie spowodował mecz Ligi Mistrzów, który dla kibiców w Madrycie nie powinien być czymś niecodziennym. Wszak Real to jeden z najbardziej utytułowanych zespołów na świecie i regularnie grywa w tych elitarnych rozgrywkach. Szczególny był za to rywal, z którym przyszło się mierzyć „Królewskim”. I nie mam tutaj na myśli aspektu sportowego, gdyż przeciętny kibic napotykany w okolicy Santiago Bernabeu na pytanie: „co wiesz o Legii Warszawa?” bezradnie rozkładał ręce. O tym, jak traktowano najbliższego rywala Realu, niech świadczy też fakt, że na okolicznościowych szalikach w nazwie jednego z najbardziej utytułowanych zespołów znad Wisły, pojawił się błąd… Powszechną grozę budzili tutaj natomiast kibice, którzy z odległej Polski przylecieli wspierać swoich ulubieńców.

Retrospeksja lekcja02

Spragnieni wielkich futbolowych emocji kibice mistrza naszego kraju dosyć licznie przybyli do stolicy Hiszpanii. Nie zraziło ich nawet to, że bukmacherzy  i inni znawcy sportu bardzo wyraźnie dawali do zrozumienia, kto w tym spotkaniu uchodzi za faworyta. Legia miała zostać pożarta przez europejskiego tytana. Na trybunach monumentalnego Santiago Bernabeu kibice prześcigali się w spekulacjach, ile bramek zaaplikują tym razem swoim rywalom Cristiano Ronaldo i spółka. Biorąc pod uwagę, że w dwóch poprzednich meczach tych rozgrywek, z Borussią Dortmund i Sportingiem Lizbona, podopieczni Jacka Magiery stracili osiem bramek, te dywagacje nie były pozbawione sensu. Dokładnie o 20:45, kiedy francuski arbiter Rudy Busquet, dał sygnał do rozpoczęcia meczu wszelkie rozważania przestały mieć znaczenie. Liczyło się tylko tu i teraz. Polski zespół grał w Lidze Mistrzów z naszpikowanym gwiazdami Realem Madryt. Spełnienie marzeń!

Retrospeksja lekcja03

Nie mający nic do stracenia, a wiele do zyskania warszawiacy zaczęli konfrontację bez większego respektu dla utytułowanego rywala. Pierwszy kwadrans wyglądał niezwykle obiecująco. Nagle pstryk. Czar prysł. Gareth Bale przedarł się prawą flanką, zszedł do środka, kropnął lewą nogą i piłka zatrzepotała w siatce. Gospodarze poszli za ciosem i chwilę później zadali drugi cios. Karim Benzema wycofał na 16 metr do Marcelo, który bez zastanowienia zdecydował się na strzał. Futbolówka po drodze odbiła się jeszcze od Tomasza Jodłowca i wylądowała w bramce obok zdezorientowanego Arkadiusza Malarza. Wszystko szło zgodnie z planem gospodarzy do 21 minuty, kiedy w polu karnym Danilo sfaulował Miroslava Radovicia i sędzia wskazał na punkt oddalony o jedenaście metrów od linii końcowej. RZUT KARNY DLA LEGII! Konsternacja, jaka zapanowała na Bernabeu porównywalna była do reakcji w wielu polskich domach, kiedy Gibraltar strzelał bramkę naszej reprezentacji w jednym ze spotkań w ramach eliminacji do EURO 2016. „Madritas”, którzy oglądali do tej pory mecz, niczym spektakl w teatrze, w kompletnej ciszy i skupieniu, zaczęli głośno komentować sytuację na boisku i wyrażać swoje zdziwienie i zaskoczenie. Zespół znikąd strzelił kontaktową bramkę i wrócił do gry! „Królewscy” szybko otrząsnęli się jednak po ciosie, jaki niespodziewanie na nich spadł i jeszcze przed przerwą podwyższyli prowadzenie, za sprawą wschodzącej gwiazdy hiszpańskiej piłki, Marco Asensio. Po zmianie stron podopieczni Zinedine’a Zidane’a dołożyli do swojego dorobku dwa celne trafienia i ostatecznie rywalizacja zakończyła się wynikiem 5:1 dla faworytów.

Retrospeksja lekcja04

Warszawiacy, w miejscu określanym przez wielu świątynią futbolu, dostali srogą lekcję. Nauka jednak nie poszła w las. Piłkarze Legii wraz z całym sztabem wyciągnęli z tego doświadczenia wiele konstruktywnych wniosków, które zaprocentowały w kolejnych pucharowych rywalizacjach oraz w walce o tytuł najlepszego zespołu naszego kraju. Tym bardziej trudno zrozumieć co się dzieje z „Wojskowymi” w bieżącym sezonie? Od pierwszego spotkania  z „Królewskimi” minął dokładnie rok, a mistrzowie Polski to obecnie cień ekipy z tamtego okresu. Gdzie i w jaki sposób został roztrwoniony ten potężny kapitał (nie tylko finansowy)? Patrząc z rozrzewnieniem wstecz, można tylko życzyć stołecznej drużynie szybkiego powrotu do zadowalającej dyspozycji i wielu spotkań o podobnym ciężarze gatunkowym w przyszłości, bo takie konfrontacje dają mnóstwo emocji całej futbolowej Polsce. Bez względu na przynależności klubowe…

18 października 2016, Santiago Bernabeu, Madryt.

REAL MADRYT – LEGIA WARSZAWA 5:1 (3:1)

Bramki: Bale (16′), Jodłowiec (20′ – sam.), Asensio (37′), Vazquez (68′), Morata (84′) – Radović (21′)

REAL: Navas – Danilo, Pepe, Varane, Marcelo – Asensio (79′ Kovacić), Kroos, Rodriguez (63′ Vazquez) – Bale (64′ Morata), Benzema, Ronaldo

LEGIA: Malarz – Bereszyński, Rzeźniczak, Czerwiński, Hlousek – Moulin (81′ Kopczyński), Odjidja-Ofoe, Jodłowiec – Guilherme (74′ Kazaiszwili), Kucharczyk, Radović (74′ Nikolić)

Arkadiusz Jargieło

obserwuj na twitterze:  @juras_7

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież