Wieczorem sportowa uczta, a przy okazji telewizyjna odtrutka na wczorajszą Narodową Galę Boksu... dziś czekają nas emocje z prawdziwego zdarzenia i najwyższej jakości. W Kijowie o puchar Ligi Mistrzów powalczą Real Madryt i Liverpool F.C., będzie się działo. Zapraszam na jakże subiektywną zapowiedź.
 
Chyba jeszcze "trzymie" mnie szok związany z kilkunastominutowym oglądaniem Narodowej Gali Boksu, dlatego zacznę od nawiązania do filmu, w którym motyw pięściarski jest jak najbardziej przewodni. Jeżeli widzieliście "Creed: Narodziny legendy", to na pewno historia wieczornego meczu sprawi, że nieraz przypomnicie sobie o historii przedstawionej w tej produkcji. Liverpool to taki Adonis Creed. The Reds w ostatnich latach długo szukali własnego miejsca w świecie sportu, odpowiedniego przeciwnika — mentora. W końcu trafili pod skrzydła Jurgena Kloppa, który swoją wiedzą, doświadczeniem i charyzmą wykrzesał z uczniów to, co najlepsze. Stworzył prawdziwych wojowników. Trochę jak filmowy Rocky Balboa. Droga na prawdziwy szczyt była naprawdę ciężka, nie obyło się bez zebranych gongów. Klopp motywował i nauczał dalej, rany zabliźniły się, organizm Liverpoolu stał się odporniejszy na przeciwnika. W tym sezonie zaprocentowało to w najlepszy z możliwych sposobów. The Reds są na szczycie piłkarskiej Europy, problem w tym, że nie są na nim sami. "A ten szczyt jest za mały na nas dwóch." Filmowym Ricky'm Conlan'em będą dziś piłkarze Realu Madryt. Utytułowani, pewni siebie, silni w tym, co robią. Gotowi pokazać miejsce w szeregu butnemu pretendentowi. I wiecie co? Nawet jeśli puchar pojedzie do Madrytu i historia potoczy się podobnie do tej z Creed: Narodziny legendy, to The Reds i tak będą mogli zejść z boiska z podniesionym czołem. Jeszcze kilka lat temu zbierali cięgi od Stoke i innych wynalazków Premier League, nie mieli stylu, nie mieli pomysłu na siebie, za to mieli fatalnego trenera — Brendana Rodgersa. Zwrot o 180' w wielu dziedzinach to Liverpool na pewno zawdzięcza Kloppowi.
 
 
"Piłkarsko" drużyną mocniejszą jest na pewno madrycki Real. Liverpool wyprowadza świetne ciosy, szczególnie prawy sierpowy potrafi być groźny. O tak, Mohamed Salah, jego musi bać się nawet utytułowany rywal. Niestety organizm The Reds ma też słabsze strony. W skali makro — linię pomocy. Małe zaskoczenie, że nie wskazałem obrony, w której gra Dejan Lovren. Argument jest dość sensowny. Słabo grająca defensywa może zostać zatuszowana dobrze funkcjonującą drugą linią. Jeśli jednak formacja pomocy jest niewydolna, to nawet względnie szczelna defensywa popełni błąd, szczególnie z Realem, który potrafi się o to postarać. Blancos mogą pochwalić się świetnym trio Modrić-Casemiro-Kroos. The Reds nie mają takiego bogactwa jakości w drugiej linii, kibicom z Merseyside pozostaje więc liczyć na "ich dzień". Tercet Wijnaldum-Henderson-Milner (zapewne tak będzie wyglądała druga linia LFC) musi wznieść się na wyżyny swoich umiejętności, tylko wtedy Królewscy będą w zasięgu. W skali mikro — za element niepewny w układance Kloppa uważam Trent'a Alexandra-Arnolda. Chłopak w październiku skończy dwadzieścia lat, niewątpliwie ma talent, niestety zdarzają mu się dośćproste błędy w kryciu. Oczywiście, jest pewna szansa, że Klopp postawi na wracającego po kontuzji Nathaniel Clyne'a, ale nie sądzę, aby do tego doszło. Dziś Alexander-Arnold będzie musiał rywalizować m.in. z Marcelo, młodego Anglika czeka wielka próba, przyglądajcie się wieczorem jego grze.
 
Jeśli chodzi wyjściowe jedenastki, to nie widzę wielu miejsc na niespodzianki. Moim daniem będą one wyglądać tak:
 
Real Madryt: Navas-Carvajal, Ramos, Varane, Marcelo-Kroos, Casemiro, Modrić-Ronaldo, Benzema, Bale.
Liverpool F.C.: Karius-Alexander-Arnold, van Dijk, Lovren, Robertson-Milner, Henderson, Wijnaldum-Salah, Firmino, Mane.
 
Jak może potoczyć się wieczorne spotkanie? Zacznę od krótkiego, ale niezbędnego wstępu, będącego zarazem manifestem przywiązania do kibicowskich barw. Od wielu lat jestem kibicem Liverpoolu, co sezon oglądam przynajmniej 80% spotkań The Reds, siłą rzeczy na mecz z Realem patrzę przez specyficzny pryzmat. Pewnie już po poprzednich akapitach zauważyliście, że bliżej mi do Gerrard'a niż Raula. Po prostu lepiej znam się na ekipie Kloppa. Wydaje mi się, że zespół z miasta Beatlesów nie zrezygnuje ze swojej koronnej, choć bardzo ryzykownej strategii. Najprawdopodobniej LFC rozpocznie ten mecz bardzo mocno, ofensywne trio Mane-Firmino-Salah będzie nie tylko kreowało sytuacje bramkowe, ale też współuczestniczyło w wysokiej grze obronnej. Przejęcie piłki i szybkie przejście do ataku to Liverpool na pewno potrafi. Tak grający Liverpool ograł Manchester City i AS Romę. Jednak tak jak każdy kij ma dwa końce, tak każdy mecz ma dwie połowy. Właśnie w drugich czterdziestu pięciu minutach czkawką może się odbić ruszenie na przeciwnika od pierwszego gwizdka. Pamiętam dobrze kilka ważnych meczów Liverpoolu prowadzonego już przez Kloppa, w których zespół po przerwie był grupą statystów. Tak było niedawno w Rzymie, a w 2016 roku w finale Ligi Europy z Sevillą. Tylko, czy Liverpool ma wybór? Lubię odnosić ludowe porzekadła do piłki nożnej i tu idealnie mi pasuje jedno: im dalej w las, tym więcej drzew. Jeżeli The Reds nie wypracują sobie szybko przewagi bramkowej, to wygrać ten mecz będzie coraz ciężej. Długo utrzymujący się remis w moim odczuciu będzie korzystnym scenariuszem dla Blancos, którzy potrafią w końcowej fazie meczu zadać decydujący cios. Tym bardziej nie wyobrażam sobie Liverpoolu skutecznie odrabiającego straty w drugiej połowie. Kibicuję walecznej drużynie, pamiętam wiele świetnych powrotów The Reds, ale... z dzisiejszym przeciwnikiem to nie przejdzie. Niezależnie od końcowego wyniku, myślę, że obie drużyny strzelą dziś przynajmniej po jednej bramce, a w regulaminowym czasie zobaczymy przynajmniej trzy gole. Spodziewam się piłkarskiej uczty. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że któreś tam prawo Murphy'ego może o mnie nie zapomnieć i moje przywidywania na wieczorny finał okażą się zlepkiem banialuków. Zwycięstwo The Reds 1:0 po bramce Lovrena z 87 minuty? Biorę!
 
Najważniejsze zostawiłem na koniec. Mam ogromną nadzieję, że wieczorne widowisko nie zostanie skradzione przez sędziów. Jeżeli nawet po finale Ligi Mistrzów dyskusja będzie skupiała się na decyzjach arbitrów, to kuriozum w świecie piłki nożnej sięgnie zenitu. Dość mam mniej lub bardziej poważnych metod multimedialnego wyznaczania linii spalonego, lub mimowolnego oglądania setek gifów mających być dowodem na to, że jednak ręka byłą i karny się należał. Oczywiście błędy sędziowskie zdarzają się, problem w tym, że w ostatnim czasie w Lidze Mistrzów mieliśmy do czynienia z wielbłądami. Niech dziś po prostu wygra lepszy. Po prostu. Wieczorem sercem będę za Liverpoolem, ale staram się kibicować i oglądać mecze w sposób na tyle dojrzały, że nie zadrży mi ręka w napisaniu przedostatniego już w tym tekście zdania. Wolałbym, aby puchar powędrował do rąk Królewskich po naprawdę ciekawym i emocjonującym spotkaniu, wolnym od sędziowskiego muppet show niż "świętować" sukces Liverpoolu, czując niesmak i zażenowanie spowodowane poza piłkarskimi zdarzeniami. Kibicujmy dojrzale.
 
Real Madryt - Liverpool F.C. 
26.05.2018 (sobota), godzina 20.45, Stadion Olimpijski w Kijowie, 
Sędzia główny: Milorad Mažić.
 
 
 
 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież